Nasza wyprawa rozpoczyna się ponownie. Ostatecznie
zapakowani, w pełnym składzie opuściliśmy Kraków około godziny 21. Trasa
przebiegała nieco inaczej niż za pierwszym razem. Postanowiliśmy unikać dróg z
opłatami w Polsce, dlatego obraliśmy kierunek na Cieszyn. Pierwsze 333 kilometry
pokonał Bartek jako super kierowca. Oczywiście nasze emocje wezbrały jak górski
strumień kiedy przejeżdżaliśmy w miejscu gdzie Krzysztof – nasz samochód miał
zawał. Szczęśliwe przejechanie dalej spowodowało, że nasze morale wzrosły i już
wiedzieliśmy, że pokonamy szczęśliwie całą trasę. Wszystkie pozostałe kilometry
były nieciekawe w porównaniu z chwilą gdy zmuszono nas do objazdu autostrady,
która się skończyła. Kiedy Bartek i Adźka jechali krętymi czeskimi uliczkami
nagle wyłoniła się na poboczu, tak po prostu, głowa konia – bez reszty.
Pozostali członkowie drużyny byli na tyle pogrążeni w ramionach Orfeusza, że
musimy wierzyć na słowo w to co oni widzieli.
Kolejnym odważnym kierowcą był Mati. Mimo wszystko
każdy kierujący czuł oddech silnika i obawę, że coś może się niespodziewanego
wydarzyć. Trasa była ciekawa przede
wszystkim dla kierowcy i pilotki – Moni. Nasz głos GPS – Krzysztof Hołowczyc co
kilkadziesiąt kilometrów ogłaszał: za 100 metrów trzymaj się lewego pasa… po
czym kończył: potem 60 km prosto. Ku naszemu przykremu zaskoczeniu im dalej od
Polski tym droższe jest załatwianie podstawowych potrzeb fizjologicznych. Każda
stacja paliw gdzie korzystanie z toalet jest „co łaska” to jak oaza na Saharze.
Wszystkie przygody, które do tej pory nam się przydarzyły spowodowały ogólną
dezorientacje. Chociaż było zaplanowane, że musimy zatankować do pełna jeszcze
w Czechach, bo potem ceny rosną to jakoś
stało się tak, że zatankowaliśmy blisko granicy ale w Austrii. Podejrzewaliśmy,
że cena nie jest łaskawa dla naszego budżetu, dlatego zakupiliśmy 20 litrów i
pojechaliśmy dalej. Dopiero następna stacja uświadomiła nam, że tam było naprawdę
drogo.
Warto w tym miejscu jednak zaznaczyć jak wyglądała podróż
z perspektywy śpiących. Czechy są dramatyczne. Płyty betonowe zamiast asfaltu
to jakiś horror. Może byłoby lepiej jakby cała droga tak wyglądała, ale
niestety co chwile był inny rodzaj nawierzchni więc nasze sny nie były
spokojne. Do tego doszło jeszcze bliskie wspomnienie naszych domowych łóżek ale
nas to nie zniechęcało, bo przecież wakacje w busie odpaliły ;) Pod koniec
Czech i w Austrii było zdecydowanie wygodniej albo byliśmy bardziej zmęczeni.
Jeśli o mnie chodzi to po tym wyjeździe w swoim zeszyciku osiągnięć wpisze nową
umiejętność: wymyślanie pozycji spania w samochodzie.
Po 300 kilometrach przyszła kolej na zmianę kierowcy
i pilotki. Janko przejął kierownicę a ja nadzór nad trasą. Jeszcze byliśmy w
Austrii. W tej części trasy jedynym emocjonującym elementem było nasze
przeoczenie, że paliwo prawie wyparowało. Wskazówka wskazywała rezerwę.
Zdecydowaliśmy, że zjeżdżamy z trasy co by poszukać miejsca z paliwem. Niestety
przy autostradach rzadko wyłaniały się stacje paliw. Wjechaliśmy do
przygranicznego miasta, z którego można dostać się zarówno do Włoch jak i do
Słowenii. Stacji paliw jednak nie było na wjeździe do miasta. W końcu
trafiliśmy na miejsce z paliwem gdzie obowiązywała samoobsługa ale w języku
włoskim. Jak nie trudno się domyślić było ciężko, staliśmy trochę jak
‘sieroty’, którym zaginął organizator wycieczki. Miły człowiek zauważył wielkie
pytajniki na naszych twarzach i pomógł nam kupić paliwo. Szczęśliwi wróciliśmy
na trasę i pojechaliśmy dalej. Następny przystanek został ogłoszony na jednej
ze stacji. Wykupiliśmy możliwość skorzystania z toalety i kawę, a i jeszcze
batonika. Tutaj Janko stał się pilotem, a ja zasiadłam za kierownicą. Miałam
spore problemy z wbijaniem jedynki, nie wiem czemu, ale że się zirytowałam to
ruszałam do końca trasy z dwójki. Powinniście też wiedzieć, że ostatnie 300 km
dawało nam takie fajne uczucie, że już za moment będziemy na miejscu. Miałam
dużą frajdę z jazdy, bo mój fragment okazał się przepiękny. Jakieś 60 km
jechaliśmy przez wysokie skaliste góry.
Co chwila sygnalizowaliśmy sobie
nawzajem uroki mijanych miejsc krzycząc: Uwaga widok po prawej/lewej. Powietrze
było rześkie i słoneczko nas zaczęło wygrzewać, a na dodatek ciągle jechaliśmy
przez tunele. Jeśli chodzi o kolejną niestandardową sytuację to muszę
opowiedzieć wam moje zaprzyjaźnienie się z włoskimi bramkami autostradowymi. Przy
wjeździe poszło nawet dobrze. Udało mi się blisko podjechać, odebrałam bilecik
i ruszyłam na dwójce dalej. Gorzej było przy wyjeździe. Skupiliśmy się na tym
by podjechać do dobrej bramki - nie
Telepass i obsługa kart. To się nawet udało ale… kiedy podjechałam okazało się,
że nie dostanę rączką tam gdzie trzeba, bo oczywiście była wersja na tiry i
osobówki ale nie na busika Krzysztofa, więc poodpinałam się i wyszłam. Zostało
tylko zapłacić ale jak? Tam było tyle szparek, ekraników i różnych dziwności,
że stałam przytłoczona informacjami dopiero Pani z Panem na skuterze podeszła i
wskazała mi gdzie wsadzić kartę. Nie mogło być jednak tak łatwo. Ekran
powiedział, że nie lubi naszej karty – tyle, że po włosku więc nie wszystko
było dla mnie jasne. Zdecydowaliśmy się, że zapłacimy gotówką. Generalnie kilka
razy wchodziłam do środka samochodu i znów wychodziłam, a efekt jest taki, że
rozwaliłam sobie strupa na łydce, więc oddałam tej sprawie nawet swoją krew. W
końcu bramki nas wypuściły. Pojechaliśmy dalej i na najbliższej stacji paliw
się zatrzymaliśmy – tam przekazałam kierownicę Bartkowi. Szybka toaleta, małe
przemeblowanie w bagażach, nakładanie przeciwopalacza i ruszamy dalej.
Trasa od rzeczonej stacji do Wenecji była króciutka.
Z niecierpliwością zerkaliśmy przez okna, aż naszym oczom ukazała się woda.
Ogrom wody J.
Na zachwyty nie mieliśmy niestety zbyt wiele czasu i szybko nasze oczy
musieliśmy odkleić od szyb i wkleić w przewodniki, nawigacje i mapy w
poszukiwaniu miejsca postojowego. Parking odnaleźliśmy, jednak miejsca na nim
już nie. Po kilku dobrych minutach szukania i kilku kółkach wokół jednego ronda
trafiliśmy na kolejny parking. Tam miejsca było już w bród. Z niezwykłą
pieczołowitością zamknęliśmy busika i ruszyliśmy zwiedzać. Później dopiero
okazało się, że wcale nie byliśmy tak dokładni jak nam się wydawało. Wracając
po kilkugodzinnym zwiedzaniu zastaliśmy w busiku czekające na nas, jak na
studzonych wędrowców, zapalone światełko. Nie trwóżcie się jednak. Busik został
zaopatrzony przez tatę Bartka (który zapewne zdawał sobie sprawę z jak zdolną
ekipą ma do czynienia) w milion akumulatorów. Dzięki temu autko odpaliło bez
problemu. Dziękujemy J
Zwiedzanie rozpoczęliśmy koło godziny 15 wąskimi
uroczymi uliczkami Wenecji. Bardzo szybko zmorzył nas głód więc wstąpiliśmy do
małego przydrożnego baru z makaronami. Pierwsza nasza styczność z kuchnią
włoską rozczarowała nas jednak niemiłosiernie. Dania były odgrzewane w
mikrofali a 300g włoskiego makaronu to jakaś marna część 300g polskiego
makaronu :P. Nie zrażamy się jednak i jeśli fundusze pozwolą będziemy próbować
dalej J.
Nakarmieni, z pokrzepionymi siłami ruszyliśmy zwiedzać już na poważnie. Na
pierwszy ogień poszła dzielnica San Polo położona w dużym zakolu Canal Grande na
północny wschód od San Marco. Uchodzi ona za najstarszą zamieszkaną część
Wenecji od wieków tętniąca życiem.
Niegdyś ściągała handlarzy i kupców stając
się handlowym centrum miasta i po dzień dzisiejszy przepełniona jest małymi
straganikami i sklepikami. Mieliśmy tam możliwość zobaczenia największej
gotyckiej świątyni w tej dzielnicy – Santa Maria Gloriosa dei Frari oraz Scuola
Grande di San Rocco. Następnie przez Campo di S. Polo wąskimi uliczkami i
uroczymi mosteczkami dotarliśmy do najsłynniejszego mostu w Wenecji - Ponte di
Rialto, który nazwę otrzymał od nazwiska architekta, który go zaprojektował.
Został
wykonany w latach 1588-92 po kilkukrotnym zawaleniu się wcześniejszych
konstrukcji spinających oba brzegi. Po kilku słit fociach wyczekanych w
ogromnym tłumie turystów mogliśmy ruszyć na dalsze podboje. Część naszych ludzi
zaczęła powoli odczuwać… pęcherz. Szukając toalet, co w Wenecji nie jest takie
proste, dotarliśmy na Plac św. Marca. Kolejne foteczki naszej wesołej brygadki
przy Bazylice św. Marka i Kampanila J.
No dobra teraz
z tymi pęcherzami nie ma już żartów. Coraz więcej członków naszej ekipy zaczyna
odczuwać potrzebę, a toalet jak nie było tak nie ma. Minęliśmy kilka znaków
informacyjnych o toaletach, ale nigdzie nie mogliśmy ich znaleźć. Mamy wrażenie,
że władze Wenecji postanowiły prowadzić swoistego rodzaju humorystyczną grę
terenową z turystami pod tytułem: ”Znajdź WC”. Po kilku odwiedzinach w
restauracjach okalających plac, ba nawet po wizycie w muzeum udało się ustalić
w końcu lokalizację WC. Jednogłośnie została okrzyknięta przez nas najdroższą
toaletą – 1.5 euro. Wujek dobra-rada-tripowóz radzi: w Wenecji ograniczcie
płyny, a przed zwiedzaniem załatwcie wszelkie swoje potrzeby fizjologiczne J.
Ruszamy dalej cały czas kierując się na południe.
Docieramy do ostatniego już w tym dniu jak się okazuje zabytku – Santa Maria
della Salute. Przy tym mniejszym od Bazyliki św. Marka, ale równie imponującym kościele mogliśmy zaobserwować rewelacyjne acz uzasadnione zjawisko – Taxi boat J Oczywiście każdy wiedział, że w Wenecji są wprawiające w romantyczny nastrój gondole, ale nie spodziewaliśmy się tak praktycznego rozwiązania. Mimo wszystko nie skorzystaliśmy i z buta powróciliśmy do naszego busika dzięki niezastąpionemu nawigatorowi, którym był Mati. Po lekkim zawale jaki przeżyliśmy widząc światło zapalone w aucie i udanym odpaleniu samochodu, zapłaciliśmy za postój (21 eursów) i ruszyliśmy na poszukiwanie autogrilla, przy którym moglibyśmy spędzić noc. Ten na, którego trafiliśmy nie dość, że okazał się zamknięty to jeszcze nie miał zbyt wiele miejsca parkingowego. Niewzruszeni takimi przeciwnościami cichaczem zakradliśmy się na tyły jakiegoś mechanika, który z kolei był na tyłach stacji z autogrillem. Między tym mechanikiem a jakimś mniejszym budynkiem, w którym był transformator zaparkowaliśmy, rozbebeszyliśmy samochód z bagaży i odpaliliśmy kuchenkę. Zupki chińskie, herbatki i kuskus poszły w ruch. Później skorzystaliśmy z gościnnych toalet między stacją i autogrillem kąpiąc się w umywalkach. Pojedzeni, umyci i pełni wrażeń po pięknej Wenecji położyliśmy się spać przy dźwiękach klimatyzatorów od pobliskiego Holiday Inn. Dobranoc.
Wenecja jest piekna, zazdroszcze Wam pogody, kiedy ja tam bylam, nie bylo tak ladnie... Zazdroszcze Wam tez idei tego busikowania :D.
OdpowiedzUsuńA co do umywalek, to u mnie moglybyscie wziac prawdziwy prysznic :P