Monteriggioni
Poranek na parkingu pod Monteriggioni. Budzi nas piękne
słońce oraz mucha, która postanowiła spędzić z nami noc i siada nam bez ustanku
na twarzach. Moni mucha się nie ima, za to budzi ją poranna rosa z dachu
samochodu kapiąca jej na twarz. Bartek zrywa się pierwszy i rozpoczyna operację
rozkładania biwaku, przy okazji zdobywając kiść winogron z najbliższego
krzaczka. Zabieramy się za śniadanie, w ruch idzie butla z palnikiem, czajnik,
zupki chińskie itd. Aga z Bartkiem wysłani na zwiad odkrywają, że w pobliżu
jest WC i to za darmo. Nieodmiennie najważniejsza informacja na naszych
przystankach. Wokół nas stoi pełno wypasionych kamperów i każdy przechodzień
przygląda się nam z ogromnym zaciekawieniem. Powiedziałabym nawet z przesadnym
zaciekawieniem. Trochę jak na małpy w ZOO. Nie przejmujemy się tym zupełnie i
pijemy spokojnie kawę przy stoliku obok naszego tripowozu.
Po śniadaniu zwiedzamy maleńkie, ale urocze, wyglądające jak
z bajki (albo z gry) Monteriggioni. Zdobywamy tu dodatkowo cenną wiedzę jak
wysłać pocztówkę. Obejście całego miasta wraz ze wszystkimi sklepikami nie
zajmuje nam wiele czasu. Wracamy do tripowozu i udajemy się do Sieny.
Siena
Tutaj mamy mały problem z parkingiem, ale w końcu znajdujemy
miejsce i rozpoczynamy odkrywanie tajemnic Sieny. Prosimy miejscowego pana o
zrobienie nam wspólnego zdjęcia z całym miastem w tle (ponieważ sprytnie
zaparkowaliśmy na wzgórzu z którego widać całą Sienę). Z radością zrobił nam aż
kilka. Po przerzuceniu ich później na laptopa wszystkie okazują się rozmazane. Trudno,
liczą się chęci J. Udajemy
się do centrum i z radością penetrujemy wąskie i strome uliczki Sieny
docierając do Campo- głównego placu w kształcie muszli. Postanawiamy usiąść tu
na chwilę w słońcu i kontemplować piękno tego miejsca. W pierwotnym planie
naszej wycieczki (zanim zepsuł nam się silnik) mieliśmy do dotrzeć dokładnie na
Palio 16 sierpnia. Jest to wyścig konny wokół Campo, w którym zawodnicy są
reprezentantami dzielnic Sieny. Rywalizacja jest podobno bardzo zaciekła i
mieszkańcy traktują tą imprezę bardzo poważnie. Zwycięska dzielnica świętuje przez
wiele dni, co mieliśmy okazję obserwować w postaci głośnej i kolorowej parady.
Tym razem wygrała dzielnica z nosorożcem i drzewem w herbie. W trakcie zwiedzania
docieramy jeszcze do pięknej katedry- Duomo, zbudowanej z białego, zielonego i
różowego marmuru. Spędzamy tu trochę
czasu podziwiając rozmaite elementy fasady tego budynku. Następnie powoli
okrążamy całe stare miasto i udajemy się w stronę tripowozu. W trakcie powrotu
do auta ma miejsce mały incydent. Monia, która od dłuższego czasu poluje na szarawary
(takie luźne spodnie zwane inaczej alladynkami- niektórzy uważają, że
wyglądają, jakby ten co je nosi nie zdążył do toalety- przyp.red.) znienacka
zakochuje się w jednej parze na bazarku. Postanawia je zakupić (mocno
dopingowana przez Adzię, która jest amatorką tego typu stroju). W związku z tym
Mati (który jest zaprzysiężonym wrogiem tych spodni) niemal wraca do Polski na
piechotę. Na szczęście kryzys zostaje szybko zażegnany. Po powrocie z radością
odkrywamy, że tripowóz jest na swoim miejscu. Ruszamy zatem w stronę Pizy.
Droga do Pizy. Zdarzenie.
Niedziela 24 sierpnia, trzeci dzień wyprawy. Godzina 18:36.
Nasz tripowóz wyprzedził inny samochód. Z tej okazji wpadliśmy w euforię,
polało się wino, otworzyliśmy chipsy i zaczęliśmy imprezę w drodze do Pizy przy
radosnych dźwiękach irlandzkiego folku.
Piza
Początkowo myśleliśmy, żeby nocować w jakimś miejscu przed
Pizą i zwiedzić ją dopiero nad ranem, ponieważ planowo mieliśmy się pojawić (i
ostatecznie pojawiliśmy się) w tym miejscu ok. godziny 20:00. Postanowiliśmy
jednak w końcu pójść na całość i zrobić sobie słit focie z krzywą wieżą jeszcze
tego wieczoru. W końcu kto ma zdjęcie w tym miejscu w nocy? J
Tak się stało. Po godz. 20 docieramy do Pizy. Szukamy
centrum i parkingu. Znajdujemy parking, łamiąc przy okazji jakiś zakaz wjazdu.
Wychodzimy z samochodu zadowoleni, jednak po przejściu ulicy i przyjrzeniu się
stojącej tam mapie okazuje się, że do wieży mamy jeszcze parę ładnych
kilometrów. Nie ma mowy, podjeżdżamy bliżej. Kolejny, większy problem pojawia
się wkrótce. Kompletnie nie wiemy gdzie jest wieża. Krążymy po centrum wiedząc,
że musi być blisko ale jakoś się przed nami ukrywa. W końcu gdzieś między
budynkami wyłania się kopuła baptysterium, które znajduje się wraz z katedrą
obok wieży. Niemal biegniemy w tamtą
stronę. Nareszcie! Udaje nam się zrobić masę głupich zdjęć na Placu Cudów i
wracamy do tripowozu. Śpieszymy się, ponieważ zaplanowaliśmy na ten wieczór
jeszcze jedną atrakcję.
Plaża widmo.
Aga i Jasiu znaleźli
wcześniej na mapie pod Pizą miejsce, gdzie teoretycznie powinna znajdować się
super wypasiona dzika plaża. Ponieważ marzy nam się plażing, a istnieje cień
szansy, że owo miejsce nie jest prywatne postanawiamy jeszcze przed noclegiem
spróbować ją odnaleźć. Jadąc za GPS przemierzamy coraz mroczniejsze uliczki.
Jedziemy długo zupełnie nieoświetloną drogą gruntową przez las i zaczynamy
sobie przypominać wszystkie horrory, które zaczynały się w ten sposób. Od czasu
do czasu z mroku wyłaniają się po obu stronach ulicy tajemnicze potężne bramy.
Hołek prowadzi nas prosto pod jedną z nich. Dalej jest już tylko zakaz wjazdu.
Część drużyny jest już nieźle spanikowana i obserwuje, czy z między drzew nie
wyłania się przypadkiem jakiś zombiak, albo inny nieprzyjemny stwór. W końcu
dajemy za wygraną. Czas poszukać noclegu. Postanawiamy jechać w stronę La
Spezia i zatrzymać się przy pierwszym autogrillu, jaki napotkamy. Hasło
„jedziemy przed siebie i zatrzymujemy się przy pierwszym autogrillu” zostało od
tamtej nocy uznane za tabu absolutne.
Gdzie ten autogrill?
Dość późny wieczór. Wszyscy już bardzo, ale to bardzo
chcielibyśmy nie tyle iść spać, co się umyć, ponieważ pod Monteriggioni nie
uświadczyliśmy prysznica. Jedziemy przez nadmorskie kurorty, które nie chcą się
skończyć. Wokół pełno knajp, palm, ludzi, samochodów, hałasu i zapachu morza.
Jednak autogrilla nie uświadczysz. Przed nami ktoś wlecze się z 30 km/h, co
nawet dla nas jest prędkością małą. Na dodatek nie da się go w żaden sposób
ominąć. Jedziemy w nieskończoność, aż w końcu docieramy do celu- La Spezia
wydaje nam się ogromna w nocy, oświetlona milionem świateł. Na szczęście Jasiu
posiada adres jakiegoś autogrilla w okolicy. Pełni nadziei jedziemy za Hołkiem,
który prowadzi nas coraz dziwniejszymi ulicami miasta. Droga nagle robi się
bardzo wąska, bardzo stroma i pełna ostrych zakrętów. Kiedy myślimy, że już
bardziej wąska nie może się zrobić- robi się. Po jednej i drugiej stronie stoją
zaparkowane samochody. Jest to wciąż ulica dwukierunkowa jak się szybko
okazuje, kiedy za zakrętem napotykamy na auto jadące z przeciwnej strony.
Operacja cofania się, aby nasz przeciwnik mógł przejechać trwa długo i wymaga
dużej precyzji. Udaje się. Jedziemy dalej i w końcu zjeżdżamy z góry prosto w
centrum miasta. Pojawiają się pierwsze wątpliwości. Autogrill w centrum? Hołek
jednak dzielnie prowadzi nas dalej. Wjeżdżamy w przemysłową część metropolii.
Niby 300 metrów do celu, a jesteśmy między jakimiś potężnymi fabrykami. 150
metrów do celu, za zakrętem powinien znajdować się nasz cel. W końcu zajeżdżamy
na tył jakiegoś potężnego magazynu. Hołek radośnie oznajmia „Jesteś u celu.
Prowadził cię Krzysztof Hołowczyc.” Wszyscy jesteśmy zmęczeni i nieco
sfrustrowani, ale wybuchamy śmiechem. No cóż… trzeba będzie poszukać noclegu na
własną rękę. Jeździmy chyba bez końca po okolicy, aż w końcu Monia zauważa z
oddali znak stacji benzynowej. Zdesperowani podjeżdżamy i okazuje się, że
właśnie trafiliśmy na autogrilla przy wyjeździe na autostradę. Na miejscu
okazuje się, że istnieje tu prysznic i to nawet darmowy! Później odkrywamy, że
to najbrudniejszy i najbardziej zagrzybiały prysznic, jaki wiedzieliśmy w swoim
życiu, ale w naszej sytuacji kompletnie nam to nie przeszkadza. Ważne, że jest
i to nawet z ciepłą wodą. Zadamawiamy się w kątku za autogrillem i rozkładamy
cały majdan. Jutro mamy w planach zwiedzanie Cinque Terre - pięciu urokliwych
miejscowości położonych w Parku Narodowym. Chcemy zostać tu na dwa dni, w
związku z czym wspomniany autogrill staje się niemal naszym domem.
Tyle w temacie naszej długiej i burzliwej niedzieli. Przepraszamy
za mega opóźnienia w dodawaniu postów. Ma to ścisły związek z kompletnym
brakiem Internetu gdziekolwiek oraz ze strasznie długim czasem potrzebnym do
napisania takiego posta. Bardzo się staramy, musicie wierzyć nam na słowo :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz