Po kolejnej spokojnie spędzonej nocy w naszej
sześcioosobowej sypialni przyszedł czas na nowy, piękny dzień. Z samego rana
tradycyjnie wywlekliśmy z tripowozu wszelkie torby, skrzynki z jedzeniem i
lodówkę. Śniadanko przebiega nam w radosnej atmosferze, ponieważ dziś mamy
odwiedzić kompleks pięciu włoskich miasteczek położonych nad morzem zwanych
Cinque terre. A bliskość jakiegokolwiek miasteczka z morzem i piękna pogoda może
się równać tylko jednemu – plażing J.
W tempie zawrotnie szybkim jak na nasze możliwości zebraliśmy się i posprzątaliśmy
po śniadaniu. Już po niespełna godzinie wszyscy stali niemal na baczność
zaopatrzeni w stroje kąpielowe, ręczniki, kremy do opalania i kocyk (tak jeden
na naszą szóstkę J)
gotowi do wymarszu. Z informacji jakie wcześniej pozyskali Jasiu z Agą
powinniśmy dostać się koleją do centrum La Spezia, tam nabyć bilet do Cinque
terre i pociągiem udać się do miasteczek. Łatwiej powiedzieć niż zrobić.
Pierwszy maleńki problem pojawił się z samym opuszczeniem stacji. Przecież
jesteśmy na autostradzie… Tu nie ma chodniczków, kładek, etc. Doszliśmy jednak
do wniosku, że Włosi kodeks drogowy traktują bardziej jako zbiór sugestii, a
nie nakazów i zakazów dlatego postanowiliśmy wziąć z nich przykład i darliśmy
na piechotę drogą dojazdową z ronda do Autogrilla… pod prąd :D. Przy rondzie
ustalamy kierunek, który powinien doprowadzić nas do stacji kolejowej i żwawo
ruszamy przed siebie. Po kilku chwilach zaczynamy jednak wątpić w poprawność
naszego osądu. Kilka razy pytamy się o drogę, aż w końcu uśredniamy zdobyte
informacje. Stacja kolejowa w tym miejscu okazała się być od jakiegoś czasu
nieczynna. Poinformowano nas jednak, że możemy dostać się do centrum La Spezia
autobusem, który ma niedaleko przystanek, a bilety zdobędziemy w pobliskim
sklepiku. Cała przyjemność kosztowała nas 9 euro za 6 biletów. Autobus troszkę
się spóźnił, ale w końcu przyjechał i zabrał nas do celu. Podczas jazdy dotarło
do nas, że nie do końca wiemy jak wrócić na ten przystanek, z którego
wyruszyliśmy. Na szczęście Jasiu zmyślnie zrobił zdjęcie nazwy przystanku przed
załadowaniem się do autobusu, a Monia zaraz po jego opuszczeniu pobiegła
sprawdzić numer linii. Numeru nie było, ale za to była literka „P”- to już
zawsze coś. Optymistycznie stwierdziliśmy, że jakoś to będzie i ruszyliśmy w
poszukiwaniu kolei. Nie zajęło nam to długo. Na stacji zakupiliśmy 6 biletów do
Cinque Terre, które są ważne 2 dni. Bardzo miła Pani oprócz biletów wręczyła
nam mapkę całego terenu i rozkłady jazdy pociągów. Warto wspomnieć, że bilety
upoważniają posiadacza do przejazdu liniami kolejowymi między La Spezia-Levanto
(między, którymi znajdują się miasteczka Cinque terre) nieograniczoną ilość
razy. Można również korzystać dzięki nim z rozwiniętej sieci linii busików
pomiędzy miejscowościami, szlakami i zabytkami, a także bezpłatnie wejść na
specjalne trasy wyznaczone między miejscowościami.
Jednak wracajmy na dworzec. Po otrzymaniu wszelkich niezbędnych informacji łącznie z
godziną odjazdu (13:03) udajemy się na peron. Mimo, że nadaliśmy naszym stópkom
maksymalne tempo, na peronie pomachaliśmy zgrabnemu tyłowi pociągu. Na
szczęście odjazd następnego okazał się zaskakująco szybko, więc znowu biegiem
na inny peron. Nie będę Was trzymać więcej w tej okrutnej niepewności i
zdradzę, że zdążyliśmy tym razem. Tego dnia jednak bieganie na pociąg, w
którąkolwiek stronę okazało się normą J.
Ostatnie miasteczko – Monterosso –to nasz cel, który osiągamy po niespełna 20
minutach. Warto nadmienić, że trasa kolejowa do pięciu miasteczek przebiega
tunelami. Przed każdą stacją pociąg zaledwie na chwilę opuszcza egipskie
ciemności ukazując skaliste wybrzeże i bezkresny błękit, aby za chwilę znowu
okryć wszystko smołą mroku.
Plaża w Monterosso znajduję się zaraz przy stacji, dlatego
od razu po opuszczeniu pociągu organizujemy grupę poszukiwawczą miejscówki.
Miejsce na płatnej plaży (parasol + dwa leżaki) kosztuje 17 euro za pół dnia.
Hmm… dziękujemy, postoimy. Na szczęście kawałek dalej jest plaża bezpłatna, na
której udaje nam się znaleźć bardzo dogodne miejsce. Chłopcy zabierają się za
budowanie wałów przeciwpowodziowych, a dziewczęta, jak zresztą przystało, leżą
i pachną. Podmyło nas tylko trzy razy i to bardzo niegroźnie J. Woda jest cudowna,
fale miotają nami od czasu do czasu, to tu to tam, słońce praży, wiaterek wieje,
a przed nami nieskończony słony raj.
Tylko Mati pochlipywał od czasu do czasu wspominając że nie
wziął płetewek. Powoli
cienie zaczynają się wydłużać, słońce coraz bardziej lgnie ku horyzontowi, a
plaża zaczyna roić się od domorosłych modelek, których status możemy
rozszyfrować po ilości ludzi w ekipie fotografującej (0-nowicjusz, 1- szycha).
Decydujemy,
że na nas już nadszedł czas. Powoli zwijamy mandżur, żeby wyruszyć jeszcze na
małe zwiedzanie. Aga z Jasiem dzielą się z nami informacją, że właśnie w
Monterosso jest ogromny betonowy posąg, który niegdyś trzymał w swych rękach
coś na kształt wielkiej morskiej muszli. Z tego co udało się nam dowiedzieć, muszla ta służyła za
parkiet mieszkańcom podczas potańcówek. Giganta nie udaje się nam znaleźć za ro
trafiamy na … cmentarz. Nie byle jaki cmentarz. Ciągnie się on od małego
kościółka, krętymi wąskimi uliczkami i stromymi schodkami po sam szczyt. Podejście
jest bardzo męczące. Zastanawiamy się jak mieszkańcy wynoszą tutaj trumny? Na
końcu tułaczki ukazuje się nam widok przepiękny. Przez jakiś czas podziwiamy
okolicę w ciszy, aby ostatecznie pozostawić krajobraz oczom na zawsze
zamkniętym.
Zejście zdecydowanie należy do tych łatwiejszych i szybko
ruszamy w stronę pociągu. Wbiegamy do wagonu w ostatniej chwili i ruszamy do
centrum La Spezia. Na miejscu musimy tylko mocno się skoncentrować co, gdzie i
jak? Wracamy na przystanek w międzyczasie minimalnie go gubiąc. Trawieni lekką
niepewnością, musimy wyglądać na bardzo zagubionych mimo, że przystanek już
znaleźliśmy, ponieważ jeden starszy Pan postanawia nam pomóc. Zatrzymuje nawet
dla nas inny autobus i pyta kierowcy czy na pewno z tego przystanku dostaniemy
się do „domu”. Tak, dostaniemy się. Bardzo ładnie dziękujemy, a Pan powraca do
spaceru z pieskiem. W drodze powrotnej wlepieni w szybę szukamy
charakterystycznych punktów żeby nie minąć przystanku. Kolejny mały sukces!!!
Wysiadamy tam gdzie trzeba i zahaczamy jeszcze o sklep. Wieczór mija nam
spokojnie i radośnie przy buteleczce wina.




















