niedziela, 31 sierpnia 2014

Cinque Terre day 1


Po kolejnej spokojnie spędzonej nocy w naszej sześcioosobowej sypialni przyszedł czas na nowy, piękny dzień. Z samego rana tradycyjnie wywlekliśmy z tripowozu wszelkie torby, skrzynki z jedzeniem i lodówkę. Śniadanko przebiega nam w radosnej atmosferze, ponieważ dziś mamy odwiedzić kompleks pięciu włoskich miasteczek położonych nad morzem zwanych Cinque terre. A bliskość jakiegokolwiek miasteczka z morzem i piękna pogoda może się równać tylko jednemu – plażing J. W tempie zawrotnie szybkim jak na nasze możliwości zebraliśmy się i posprzątaliśmy po śniadaniu. Już po niespełna godzinie wszyscy stali niemal na baczność zaopatrzeni w stroje kąpielowe, ręczniki, kremy do opalania i kocyk (tak jeden na naszą szóstkę J) gotowi do wymarszu. Z informacji jakie wcześniej pozyskali Jasiu z Agą powinniśmy dostać się koleją do centrum La Spezia, tam nabyć bilet do Cinque terre i pociągiem udać się do miasteczek. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Pierwszy maleńki problem pojawił się z samym opuszczeniem stacji. Przecież jesteśmy na autostradzie… Tu nie ma chodniczków, kładek, etc. Doszliśmy jednak do wniosku, że Włosi kodeks drogowy traktują bardziej jako zbiór sugestii, a nie nakazów i zakazów dlatego postanowiliśmy wziąć z nich przykład i darliśmy na piechotę drogą dojazdową z ronda do Autogrilla… pod prąd :D. Przy rondzie ustalamy kierunek, który powinien doprowadzić nas do stacji kolejowej i żwawo ruszamy przed siebie. Po kilku chwilach zaczynamy jednak wątpić w poprawność naszego osądu. Kilka razy pytamy się o drogę, aż w końcu uśredniamy zdobyte informacje. Stacja kolejowa w tym miejscu okazała się być od jakiegoś czasu nieczynna. Poinformowano nas jednak, że możemy dostać się do centrum La Spezia autobusem, który ma niedaleko przystanek, a bilety zdobędziemy w pobliskim sklepiku. Cała przyjemność kosztowała nas 9 euro za 6 biletów. Autobus troszkę się spóźnił, ale w końcu przyjechał i zabrał nas do celu. Podczas jazdy dotarło do nas, że nie do końca wiemy jak wrócić na ten przystanek, z którego wyruszyliśmy. Na szczęście Jasiu zmyślnie zrobił zdjęcie nazwy przystanku przed załadowaniem się do autobusu, a Monia zaraz po jego opuszczeniu pobiegła sprawdzić numer linii. Numeru nie było, ale za to była literka „P”- to już zawsze coś. Optymistycznie stwierdziliśmy, że jakoś to będzie i ruszyliśmy w poszukiwaniu kolei. Nie zajęło nam to długo. Na stacji zakupiliśmy 6 biletów do Cinque Terre, które są ważne 2 dni. Bardzo miła Pani oprócz biletów wręczyła nam mapkę całego terenu i rozkłady jazdy pociągów. Warto wspomnieć, że bilety upoważniają posiadacza do przejazdu liniami kolejowymi między La Spezia-Levanto (między, którymi znajdują się miasteczka Cinque terre) nieograniczoną ilość razy. Można również korzystać dzięki nim z rozwiniętej sieci linii busików pomiędzy miejscowościami, szlakami i zabytkami, a także bezpłatnie wejść na specjalne trasy wyznaczone między miejscowościami.
 
 
Jednak wracajmy na dworzec. Po otrzymaniu wszelkich niezbędnych informacji łącznie z godziną odjazdu (13:03) udajemy się na peron. Mimo, że nadaliśmy naszym stópkom maksymalne tempo, na peronie pomachaliśmy zgrabnemu tyłowi pociągu. Na szczęście odjazd następnego okazał się zaskakująco szybko, więc znowu biegiem na inny peron. Nie będę Was trzymać więcej w tej okrutnej niepewności i zdradzę, że zdążyliśmy tym razem. Tego dnia jednak bieganie na pociąg, w którąkolwiek stronę okazało się normą J. Ostatnie miasteczko – Monterosso –to nasz cel, który osiągamy po niespełna 20 minutach. Warto nadmienić, że trasa kolejowa do pięciu miasteczek przebiega tunelami. Przed każdą stacją pociąg zaledwie na chwilę opuszcza egipskie ciemności ukazując skaliste wybrzeże i bezkresny błękit, aby za chwilę znowu okryć wszystko smołą mroku.
 
 
Plaża w Monterosso znajduję się zaraz przy stacji, dlatego od razu po opuszczeniu pociągu organizujemy grupę poszukiwawczą miejscówki. Miejsce na płatnej plaży (parasol + dwa leżaki) kosztuje 17 euro za pół dnia. Hmm… dziękujemy, postoimy. Na szczęście kawałek dalej jest plaża bezpłatna, na której udaje nam się znaleźć bardzo dogodne miejsce. Chłopcy zabierają się za budowanie wałów przeciwpowodziowych, a dziewczęta, jak zresztą przystało, leżą i pachną. Podmyło nas tylko trzy razy i to bardzo niegroźnie J. Woda jest cudowna, fale miotają nami od czasu do czasu, to tu to tam, słońce praży, wiaterek wieje, a przed nami nieskończony słony raj.
 
 
 Tylko Mati pochlipywał od czasu do czasu wspominając że nie wziął płetewek. Powoli cienie zaczynają się wydłużać, słońce coraz bardziej lgnie ku horyzontowi, a plaża zaczyna roić się od domorosłych modelek, których status możemy rozszyfrować po ilości ludzi w ekipie fotografującej (0-nowicjusz, 1- szycha).
 
Decydujemy, że na nas już nadszedł czas. Powoli zwijamy mandżur, żeby wyruszyć jeszcze na małe zwiedzanie. Aga z Jasiem dzielą się z nami informacją, że właśnie w Monterosso jest ogromny betonowy posąg, który niegdyś trzymał w swych rękach coś na kształt wielkiej morskiej muszli. Z tego co udało się nam dowiedzieć, muszla ta służyła za parkiet mieszkańcom podczas potańcówek. Giganta nie udaje się nam znaleźć za ro trafiamy na … cmentarz. Nie byle jaki cmentarz. Ciągnie się on od małego kościółka, krętymi wąskimi uliczkami i stromymi schodkami po sam szczyt. Podejście jest bardzo męczące. Zastanawiamy się jak mieszkańcy wynoszą tutaj trumny? Na końcu tułaczki ukazuje się nam widok przepiękny. Przez jakiś czas podziwiamy okolicę w ciszy, aby ostatecznie pozostawić krajobraz oczom na zawsze zamkniętym.




 
Zejście zdecydowanie należy do tych łatwiejszych i szybko ruszamy w stronę pociągu. Wbiegamy do wagonu w ostatniej chwili i ruszamy do centrum La Spezia. Na miejscu musimy tylko mocno się skoncentrować co, gdzie i jak? Wracamy na przystanek w międzyczasie minimalnie go gubiąc. Trawieni lekką niepewnością, musimy wyglądać na bardzo zagubionych mimo, że przystanek już znaleźliśmy, ponieważ jeden starszy Pan postanawia nam pomóc. Zatrzymuje nawet dla nas inny autobus i pyta kierowcy czy na pewno z tego przystanku dostaniemy się do „domu”. Tak, dostaniemy się. Bardzo ładnie dziękujemy, a Pan powraca do spaceru z pieskiem. W drodze powrotnej wlepieni w szybę szukamy charakterystycznych punktów żeby nie minąć przystanku. Kolejny mały sukces!!! Wysiadamy tam gdzie trzeba i zahaczamy jeszcze o sklep. Wieczór mija nam spokojnie i radośnie przy buteleczce wina.

 

środa, 27 sierpnia 2014

Monteriggioni, Siena, Piza i dalsze przygody = )

Monteriggioni

Poranek na parkingu pod Monteriggioni. Budzi nas piękne słońce oraz mucha, która postanowiła spędzić z nami noc i siada nam bez ustanku na twarzach. Moni mucha się nie ima, za to budzi ją poranna rosa z dachu samochodu kapiąca jej na twarz. Bartek zrywa się pierwszy i rozpoczyna operację rozkładania biwaku, przy okazji zdobywając kiść winogron z najbliższego krzaczka. Zabieramy się za śniadanie, w ruch idzie butla z palnikiem, czajnik, zupki chińskie itd. Aga z Bartkiem wysłani na zwiad odkrywają, że w pobliżu jest WC i to za darmo. Nieodmiennie najważniejsza informacja na naszych przystankach. Wokół nas stoi pełno wypasionych kamperów i każdy przechodzień przygląda się nam z ogromnym zaciekawieniem. Powiedziałabym nawet z przesadnym zaciekawieniem. Trochę jak na małpy w ZOO. Nie przejmujemy się tym zupełnie i pijemy spokojnie kawę przy stoliku obok naszego tripowozu.
Po śniadaniu zwiedzamy maleńkie, ale urocze, wyglądające jak z bajki (albo z gry) Monteriggioni. Zdobywamy tu dodatkowo cenną wiedzę jak wysłać pocztówkę. Obejście całego miasta wraz ze wszystkimi sklepikami nie zajmuje nam wiele czasu. Wracamy do tripowozu i udajemy się do Sieny.









Siena

Tutaj mamy mały problem z parkingiem, ale w końcu znajdujemy miejsce i rozpoczynamy odkrywanie tajemnic Sieny. Prosimy miejscowego pana o zrobienie nam wspólnego zdjęcia z całym miastem w tle (ponieważ sprytnie zaparkowaliśmy na wzgórzu z którego widać całą Sienę). Z radością zrobił nam aż kilka. Po przerzuceniu ich później na laptopa wszystkie okazują się rozmazane. Trudno, liczą się chęci J. Udajemy się do centrum i z radością penetrujemy wąskie i strome uliczki Sieny docierając do Campo- głównego placu w kształcie muszli. Postanawiamy usiąść tu na chwilę w słońcu i kontemplować piękno tego miejsca. W pierwotnym planie naszej wycieczki (zanim zepsuł nam się silnik) mieliśmy do dotrzeć dokładnie na Palio 16 sierpnia. Jest to wyścig konny wokół Campo, w którym zawodnicy są reprezentantami dzielnic Sieny. Rywalizacja jest podobno bardzo zaciekła i mieszkańcy traktują tą imprezę bardzo poważnie. Zwycięska dzielnica świętuje przez wiele dni, co mieliśmy okazję obserwować w postaci głośnej i kolorowej parady. Tym razem wygrała dzielnica z nosorożcem i drzewem w herbie. W trakcie zwiedzania docieramy jeszcze do pięknej katedry- Duomo, zbudowanej z białego, zielonego i różowego marmuru. Spędzamy  tu trochę czasu podziwiając rozmaite elementy fasady tego budynku. Następnie powoli okrążamy całe stare miasto i udajemy się w stronę tripowozu. W trakcie powrotu do auta ma miejsce mały incydent. Monia, która od dłuższego czasu poluje na szarawary (takie luźne spodnie zwane inaczej alladynkami- niektórzy uważają, że wyglądają, jakby ten co je nosi nie zdążył do toalety- przyp.red.) znienacka zakochuje się w jednej parze na bazarku. Postanawia je zakupić (mocno dopingowana przez Adzię, która jest amatorką tego typu stroju). W związku z tym Mati (który jest zaprzysiężonym wrogiem tych spodni) niemal wraca do Polski na piechotę. Na szczęście kryzys zostaje szybko zażegnany. Po powrocie z radością odkrywamy, że tripowóz jest na swoim miejscu. Ruszamy zatem w stronę Pizy.











Droga do Pizy. Zdarzenie.

Niedziela 24 sierpnia, trzeci dzień wyprawy. Godzina 18:36. Nasz tripowóz wyprzedził inny samochód. Z tej okazji wpadliśmy w euforię, polało się wino, otworzyliśmy chipsy i zaczęliśmy imprezę w drodze do Pizy przy radosnych dźwiękach irlandzkiego folku.
Piza
Początkowo myśleliśmy, żeby nocować w jakimś miejscu przed Pizą i zwiedzić ją dopiero nad ranem, ponieważ planowo mieliśmy się pojawić (i ostatecznie pojawiliśmy się) w tym miejscu ok. godziny 20:00. Postanowiliśmy jednak w końcu pójść na całość i zrobić sobie słit focie z krzywą wieżą jeszcze tego wieczoru. W końcu kto ma zdjęcie w tym miejscu w nocy? J
Tak się stało. Po godz. 20 docieramy do Pizy. Szukamy centrum i parkingu. Znajdujemy parking, łamiąc przy okazji jakiś zakaz wjazdu. Wychodzimy z samochodu zadowoleni, jednak po przejściu ulicy i przyjrzeniu się stojącej tam mapie okazuje się, że do wieży mamy jeszcze parę ładnych kilometrów. Nie ma mowy, podjeżdżamy bliżej. Kolejny, większy problem pojawia się wkrótce. Kompletnie nie wiemy gdzie jest wieża. Krążymy po centrum wiedząc, że musi być blisko ale jakoś się przed nami ukrywa. W końcu gdzieś między budynkami wyłania się kopuła baptysterium, które znajduje się wraz z katedrą obok wieży.  Niemal biegniemy w tamtą stronę. Nareszcie! Udaje nam się zrobić masę głupich zdjęć na Placu Cudów i wracamy do tripowozu. Śpieszymy się, ponieważ zaplanowaliśmy na ten wieczór jeszcze jedną atrakcję.







Plaża widmo.

 Aga i Jasiu znaleźli wcześniej na mapie pod Pizą miejsce, gdzie teoretycznie powinna znajdować się super wypasiona dzika plaża. Ponieważ marzy nam się plażing, a istnieje cień szansy, że owo miejsce nie jest prywatne postanawiamy jeszcze przed noclegiem spróbować ją odnaleźć. Jadąc za GPS przemierzamy coraz mroczniejsze uliczki. Jedziemy długo zupełnie nieoświetloną drogą gruntową przez las i zaczynamy sobie przypominać wszystkie horrory, które zaczynały się w ten sposób. Od czasu do czasu z mroku wyłaniają się po obu stronach ulicy tajemnicze potężne bramy. Hołek prowadzi nas prosto pod jedną z nich. Dalej jest już tylko zakaz wjazdu. Część drużyny jest już nieźle spanikowana i obserwuje, czy z między drzew nie wyłania się przypadkiem jakiś zombiak, albo inny nieprzyjemny stwór. W końcu dajemy za wygraną. Czas poszukać noclegu. Postanawiamy jechać w stronę La Spezia i zatrzymać się przy pierwszym autogrillu, jaki napotkamy. Hasło „jedziemy przed siebie i zatrzymujemy się przy pierwszym autogrillu” zostało od tamtej nocy uznane za tabu absolutne.

Gdzie ten autogrill?

Dość późny wieczór. Wszyscy już bardzo, ale to bardzo chcielibyśmy nie tyle iść spać, co się umyć, ponieważ pod Monteriggioni nie uświadczyliśmy prysznica. Jedziemy przez nadmorskie kurorty, które nie chcą się skończyć. Wokół pełno knajp, palm, ludzi, samochodów, hałasu i zapachu morza. Jednak autogrilla nie uświadczysz. Przed nami ktoś wlecze się z 30 km/h, co nawet dla nas jest prędkością małą. Na dodatek nie da się go w żaden sposób ominąć. Jedziemy w nieskończoność, aż w końcu docieramy do celu- La Spezia wydaje nam się ogromna w nocy, oświetlona milionem świateł. Na szczęście Jasiu posiada adres jakiegoś autogrilla w okolicy. Pełni nadziei jedziemy za Hołkiem, który prowadzi nas coraz dziwniejszymi ulicami miasta. Droga nagle robi się bardzo wąska, bardzo stroma i pełna ostrych zakrętów. Kiedy myślimy, że już bardziej wąska nie może się zrobić- robi się. Po jednej i drugiej stronie stoją zaparkowane samochody. Jest to wciąż ulica dwukierunkowa jak się szybko okazuje, kiedy za zakrętem napotykamy na auto jadące z przeciwnej strony. Operacja cofania się, aby nasz przeciwnik mógł przejechać trwa długo i wymaga dużej precyzji. Udaje się. Jedziemy dalej i w końcu zjeżdżamy z góry prosto w centrum miasta. Pojawiają się pierwsze wątpliwości. Autogrill w centrum? Hołek jednak dzielnie prowadzi nas dalej. Wjeżdżamy w przemysłową część metropolii. Niby 300 metrów do celu, a jesteśmy między jakimiś potężnymi fabrykami. 150 metrów do celu, za zakrętem powinien znajdować się nasz cel. W końcu zajeżdżamy na tył jakiegoś potężnego magazynu. Hołek radośnie oznajmia „Jesteś u celu. Prowadził cię Krzysztof Hołowczyc.” Wszyscy jesteśmy zmęczeni i nieco sfrustrowani, ale wybuchamy śmiechem. No cóż… trzeba będzie poszukać noclegu na własną rękę. Jeździmy chyba bez końca po okolicy, aż w końcu Monia zauważa z oddali znak stacji benzynowej. Zdesperowani podjeżdżamy i okazuje się, że właśnie trafiliśmy na autogrilla przy wyjeździe na autostradę. Na miejscu okazuje się, że istnieje tu prysznic i to nawet darmowy! Później odkrywamy, że to najbrudniejszy i najbardziej zagrzybiały prysznic, jaki wiedzieliśmy w swoim życiu, ale w naszej sytuacji kompletnie nam to nie przeszkadza. Ważne, że jest i to nawet z ciepłą wodą. Zadamawiamy się w kątku za autogrillem i rozkładamy cały majdan. Jutro mamy w planach zwiedzanie Cinque Terre - pięciu urokliwych miejscowości położonych w Parku Narodowym. Chcemy zostać tu na dwa dni, w związku z czym wspomniany autogrill staje się niemal naszym domem.

Tyle w temacie naszej długiej i burzliwej niedzieli. Przepraszamy za mega opóźnienia w dodawaniu postów. Ma to ścisły związek z kompletnym brakiem Internetu gdziekolwiek oraz ze strasznie długim czasem potrzebnym do napisania takiego posta. Bardzo się staramy, musicie wierzyć nam na słowo :)

wtorek, 26 sierpnia 2014

Gril !

Drogi pamiętniczku… to już 3 dzień naszej tułaczki, inni mówią że 2, w sumie to nikt już nic nie wie …
Teraz poważnie, nasz nocleg pod zakładem wskrzeszania pojazdów mechanicznych tak nas pochłonął że nie zareagowaliśmy na żaden z 3 ustawionych budzików. Gdy już się przebudziliśmy o około 9:30, opowiadaliśmy sobie legendy o tym ile to budzików kto słyszał oraz ile z nich tak naprawdę było ustawionych. Tak właśnie ubarwialiśmy sobie czas w trakcie wykonywania naszych porannych czynności czyli: gotowania zupek chińskich , kawy oraz herbatki z proszku. Musicie wiedzieć, że podczas naszego „śniadania” zamieniamy plac pod busikiem w mały stragan z ubraniami, torbami i sporą ilością rzeczy z gatunku kuchennych. W takim właśnie grajdołku zastał nas właściciel zakładu mechaniki samochodowej za którym spaliśmy. Niewiele w sumie zrobił, wyglądał jakby speszył się tym, że śmiał przerwać nam nasze śniadanie i oddalił się tak szybko, że nie zdołał nas w zasadzie wybić z rytmu. Zebraliśmy grajdołek i o 11:30 – teraz wiecie jakie mamy tempo. W stronę Monteriggioni prowadził nas jak zwykle „Hołek”. Nie ujechaliśmy daleko, gdy naszym oczom ukazała się galeria handlowa, na której ktoś wypatrzył logo coop&coop czyli sklepów spożywczych znanych nam już jako „kupkup”.
            W zasadzie nie pamiętam już co było naszą główną motywacją by odwiedzić tą galerię: czy była to chęć dorwania się do Internetu, czy raczej desperacka potrzeba zakupów w „kupkup”. Galeria jaka była każdy wie i widzi .. jedno mogło tam zaciekawić polskiego widza, mianowicie strefa „gastronomiczna” w której była na stałe zbudowana scena – zasłonięta niebieska kurtyną. Wyglądało na to że we Włoszech w galeriach musi istnieć trochę większa potrzeba bliskości kultury niż w polskich, gdzie wystarczy puścić „bit”. Jedno jeszcze było ciekawe - w każdej restauracji muzyka jest inna…
            Dość o galerii, my się pytamy gdzie jest Internet?!  Wśród wszechobecnych nazw wifi żadna nie pozwala na skorzystanie z darmowego Internetu. To właśnie w tej galerii dowiedzieliśmy się, że nazwa „free wifi” oznacza we Włoszech coś zupełnie innego niż w Polsce. Każda otwarta sieć wifi po podłączeniu i tak odmawiała połączenia. Byliśmy już trochę zirytowani gdy doczołgaliśmy się Macka. Przecież w Maku musi być darmowy net – mówiliśmy sobie. Rzeczywistość trochę nas sponiewierała. Internet w maku był, ale też wymagał zalogowania. Jedyne co się pojawiało po podłączeniu to strona logowania, no ale nie zniechęciliśmy się próbowaliśmy się zalogować i uzyskać dostęp. Tu pojawił się problem czyli pole „nr. tel” które przyjmowało tylko numery z kodem kraju z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Czech, Włoszech i Francji, tylko tych – Polska jest passe.  To doprowadziło nas do momentu, w którym padło hasło: „kupmy sobie kartę sim z Włoch”. Więc zanurkowaliśmy z Aga po galeryjnych sklepikach w poszukiwaniu punktów sprzedaży lokalnych operatorów. Tu dowiedzieliśmy się, że we Włoszech nie ma telefonów na kartę L każdy sim jest objęty umową, wprawdzie 3-miesieczną ale zawsze. Totalna inwigilacja – stwierdziliśmy i próbowaliśmy dalej z netem z Maka. Wspomniałem już, że trzeba było się zarejestrować na stronie Maka. Były tam dwie opcje „rejestracja telefonem” oraz „rejestracja kartą kredytową”. Chodź druga opcja średnio się nam kojarzyła z „darmowością” to spróbowaliśmy. Efekt był taki, że nie dość iż Mati musiał podać dane swojej prywatnej karty kredytowej oraz wydać 0,01 euro, to i tak musieliśmy wymyślić jakikolwiek numer telefonu komórkowego. Udało się! Od tej chwili mamy we włoskich macach Internet, a jakaś Bogu ducha winna osoba dostała SMS z podziękowaniem za zalogowanie się w McDonald’s J.
Jeszcze dla sprostowania „free wifi” we Włoszech oznacza, że w lokalu jest wifi i jak się natrudzisz i wypytasz około 4 ludzi to możesz uzyskać do niego dostęp – nie wspomnę, że trzeba się w tym lokalu wykosztować na jedzenie.
Po przygodzie z netem           Monia i Aga udały się na zakupy spożywcze, a reszta pozwiedzała galerię. Bartek z Matim mieli wielką chrapkę na t-shirty za 1euro.  Niestety, jak zwykle plakat kłamał i nie dość, że nie było t-shirtów tylko koszule, to jeszcze po 1.99 euro.
Mieliśmy już chleb, wodę i nie mieliśmy t-shirtów. Wyszliśmy z galerii. Nad parkingiem zbierały się już ciemne chmury. Nim dotarliśmy do busa już lało, a to co się działo jak jechaliśmy - już nie wiem do końca jak nazwać. Deszcz lał, tworząc nieprzeniknioną szarą ścianę. Po jakiś 5 minutach uświadomiliśmy sobie, że przecież w torbie nad szoferką są nasze kołdry. Strugi deszczu za oknami mówiły głośno i wyraźnie „wasza torba na bank nie jest wodoszczelna”. W sumie też nie byliśmy już tego tacy pewni. Zatrzymaliśmy się na pierwszej lepszej stacji benzynowej z dachem i tam już zarówno deszcz jak i my byliśmy pewni, że torba wodoszczelna nie jest. Nie było tragedii, ale zamokło nam troszkę rzeczy.
Po przepakowaniu znów byliśmy na trasie. W busie nastąpiła lekka zmiana. Pojawił się nam na stole obrusik z kołdry Agi i Bartka, która suszyła się nad ciepełkiem unoszącym się z lodówki. Jechaliśmy długo oglądając zmiany pogody i wypatrując słoneczka. Przejeżdżaliśmy sporo tuneli, które nas szybko transportowały na drugą stronę gór. Powstało hasło „Za górą będzie słonecznie”. Parę razy to się sprawdziło, ale kwintesencją przejazdu przez górę był moment, w którym ze słonecznej pogody wjechaliśmy w tunel, na końcu którego zderzyliśmy się ze ścianą wody. To przyprawiło kierującego Bartka o lekki zawał, ale jazda trwała dalej. W końcu musieliśmy zatankować, a mieliśmy niebywałe szczęście do stacji samoobsługowych, które nie lubią naszych kart kredytowych, w ogóle chyba nas nie lubią. Jak tak męczyliśmy się z automatem, zaczął się na nas wydzierać pewien Włoch, w sumie do teraz nie wiem czy chciał nas ochrzanić, czy chciał nam pomóc. Po tej sytuacji mieliśmy w baku o 49,85 euro paliwa więcej  - wsadziliśmy 50 euro do automatu – dlaczego automat nie pozwolił nam wlać całości tej kwoty nie wiem, nie powiedział nam. Prawdopodobnie po to, byśmy się nie załamali całą ta sytuacją na niebie pojawiła się tęcza, piękna kompletna tęcza.
Gdzieś na trasie pojawił się pomysł na grilla! A jak grill, to trzeba zrobić zakupy, bo oczywiście w „kupkup” kupiliśmy tylko to, co nam było niezwykle potrzebne. Wymyśliliśmy, że trzeba po raz pierwszy nawiedzić Lidla. Po kilku próbach wyszukiwania znaleźliśmy adres interesującego nas sklepu w miejscowości o śmiesznej nazwie „Poggibonsi”. Tabliczka na wjeździe do tego miasteczka miała poprawioną wersje nazwy, mianowicie: „Ultra Poggibonsi”, ultra dopisał prawdopodobnie jakiś rdzenny mieszkaniec lub zachwycony turysta.
Lidl nie pomagał się odnaleźć, nigdzie nie było żadnej tabliczki, że w tym mieście jest  w ogóle jakikolwiek Lidl. Twardo trzymaliśmy się wskazówek Hołowczyca, licząc na to, że za kolejnym zakrętem coś już się pojawi. Gdy byliśmy już 100 metrów od celu, nawigacja kazała skręcić nam do czegoś,  co wyglądało jak czyjaś działka. Wjechaliśmy, a co! Okazało się że na tym „podwórku” faktycznie jest Lidl, a podwórko jest Lidla, a wszystkie szyldy Lidla są, tylko za płotem.
Nakupiliśmy wszystek dóbr i byliśmy już z powrotem na trasie J
W końcu dotarliśmy do Monteriggioni, widzieliśmy już z daleka jego mury, ale teraz ważny był tylko grill! Na ogromnym parkingu pod Monteriggioni znaleźliśmy sobie odpowiednie oświetlone latarenką miejsce i rozstawiliśmy nasz mini stragan. Czuliśmy na sobie wzrok innych użytkowników parkingu. Nie przejmowaliśmy się tym zbytnio, grillowanko wyszło nam perfekcyjnie. Więcej może powiedzą zdjęcia. Dodam jeszcze, że jak to Polacy korzystaliśmy z wszechobecnych krzaków jako toalety. Jakże byliśmy zniesmaczeni, kiedy się okazało, że 50 metrów od nas jest darmowe świetnie wyposażone wc.
Wycieńczeni drogą, nasyceni grillem poszliśmy w końcu spać.










 [ms1]

niedziela, 24 sierpnia 2014

Przystanek 1: WENECJA


Nasza wyprawa rozpoczyna się ponownie. Ostatecznie zapakowani, w pełnym składzie opuściliśmy Kraków około godziny 21. Trasa przebiegała nieco inaczej niż za pierwszym razem. Postanowiliśmy unikać dróg z opłatami w Polsce, dlatego obraliśmy kierunek na Cieszyn. Pierwsze 333 kilometry pokonał Bartek jako super kierowca. Oczywiście nasze emocje wezbrały jak górski strumień kiedy przejeżdżaliśmy w miejscu gdzie Krzysztof – nasz samochód miał zawał. Szczęśliwe przejechanie dalej spowodowało, że nasze morale wzrosły i już wiedzieliśmy, że pokonamy szczęśliwie całą trasę. Wszystkie pozostałe kilometry były nieciekawe w porównaniu z chwilą gdy zmuszono nas do objazdu autostrady, która się skończyła. Kiedy Bartek i Adźka jechali krętymi czeskimi uliczkami nagle wyłoniła się na poboczu, tak po prostu, głowa konia – bez reszty. Pozostali członkowie drużyny byli na tyle pogrążeni w ramionach Orfeusza, że musimy wierzyć na słowo w to co oni widzieli.
Kolejnym odważnym kierowcą był Mati. Mimo wszystko każdy kierujący czuł oddech silnika i obawę, że coś może się niespodziewanego wydarzyć.  Trasa była ciekawa przede wszystkim dla kierowcy i pilotki – Moni. Nasz głos GPS – Krzysztof Hołowczyc co kilkadziesiąt kilometrów ogłaszał: za 100 metrów trzymaj się lewego pasa… po czym kończył: potem 60 km prosto. Ku naszemu przykremu zaskoczeniu im dalej od Polski tym droższe jest załatwianie podstawowych potrzeb fizjologicznych. Każda stacja paliw gdzie korzystanie z toalet jest „co łaska” to jak oaza na Saharze. Wszystkie przygody, które do tej pory nam się przydarzyły spowodowały ogólną dezorientacje. Chociaż było zaplanowane, że musimy zatankować do pełna jeszcze w Czechach,  bo potem ceny rosną to jakoś stało się tak, że zatankowaliśmy blisko granicy ale w Austrii. Podejrzewaliśmy, że cena nie jest łaskawa dla naszego budżetu, dlatego zakupiliśmy 20 litrów i pojechaliśmy dalej. Dopiero następna stacja uświadomiła nam, że tam było naprawdę drogo.

Warto w tym miejscu jednak zaznaczyć jak wyglądała podróż z perspektywy śpiących.  Czechy są  dramatyczne. Płyty betonowe zamiast asfaltu to jakiś horror. Może byłoby lepiej jakby cała droga tak wyglądała, ale niestety co chwile był inny rodzaj nawierzchni więc nasze sny nie były spokojne. Do tego doszło jeszcze bliskie wspomnienie naszych domowych łóżek ale nas to nie zniechęcało, bo przecież wakacje w busie odpaliły ;) Pod koniec Czech i w Austrii było zdecydowanie wygodniej albo byliśmy bardziej zmęczeni. Jeśli o mnie chodzi to po tym wyjeździe w swoim zeszyciku osiągnięć wpisze nową umiejętność: wymyślanie pozycji spania w samochodzie.
Po 300 kilometrach przyszła kolej na zmianę kierowcy i pilotki. Janko przejął kierownicę a ja nadzór nad trasą. Jeszcze byliśmy w Austrii. W tej części trasy jedynym emocjonującym elementem było nasze przeoczenie, że paliwo prawie wyparowało. Wskazówka wskazywała rezerwę. Zdecydowaliśmy, że zjeżdżamy z trasy co by poszukać miejsca z paliwem. Niestety przy autostradach rzadko wyłaniały się stacje paliw. Wjechaliśmy do przygranicznego miasta, z którego można dostać się zarówno do Włoch jak i do Słowenii. Stacji paliw jednak nie było na wjeździe do miasta. W końcu trafiliśmy na miejsce z paliwem gdzie obowiązywała samoobsługa ale w języku włoskim. Jak nie trudno się domyślić było ciężko, staliśmy trochę jak ‘sieroty’, którym zaginął organizator wycieczki. Miły człowiek zauważył wielkie pytajniki na naszych twarzach i pomógł nam kupić paliwo. Szczęśliwi wróciliśmy na trasę i pojechaliśmy dalej. Następny przystanek został ogłoszony na jednej ze stacji. Wykupiliśmy możliwość skorzystania z toalety i kawę, a i jeszcze batonika. Tutaj Janko stał się pilotem, a ja zasiadłam za kierownicą. Miałam spore problemy z wbijaniem jedynki, nie wiem czemu, ale że się zirytowałam to ruszałam do końca trasy z dwójki. Powinniście też wiedzieć, że ostatnie 300 km dawało nam takie fajne uczucie, że już za moment będziemy na miejscu. Miałam dużą frajdę z jazdy, bo mój fragment okazał się przepiękny. Jakieś 60 km jechaliśmy przez wysokie skaliste góry.

 
Co chwila sygnalizowaliśmy sobie nawzajem uroki mijanych miejsc krzycząc: Uwaga widok po prawej/lewej. Powietrze było rześkie i słoneczko nas zaczęło wygrzewać, a na dodatek ciągle jechaliśmy przez tunele. Jeśli chodzi o kolejną niestandardową sytuację to muszę opowiedzieć wam moje zaprzyjaźnienie się z włoskimi bramkami autostradowymi. Przy wjeździe poszło nawet dobrze. Udało mi się blisko podjechać, odebrałam bilecik i ruszyłam na dwójce dalej. Gorzej było przy wyjeździe. Skupiliśmy się na tym by podjechać do dobrej bramki -  nie Telepass i obsługa kart. To się nawet udało ale… kiedy podjechałam okazało się, że nie dostanę rączką tam gdzie trzeba, bo oczywiście była wersja na tiry i osobówki ale nie na busika Krzysztofa, więc poodpinałam się i wyszłam. Zostało tylko zapłacić ale jak? Tam było tyle szparek, ekraników i różnych dziwności, że stałam przytłoczona informacjami dopiero Pani z Panem na skuterze podeszła i wskazała mi gdzie wsadzić kartę. Nie mogło być jednak tak łatwo. Ekran powiedział, że nie lubi naszej karty – tyle, że po włosku więc nie wszystko było dla mnie jasne. Zdecydowaliśmy się, że zapłacimy gotówką. Generalnie kilka razy wchodziłam do środka samochodu i znów wychodziłam, a efekt jest taki, że rozwaliłam sobie strupa na łydce, więc oddałam tej sprawie nawet swoją krew. W końcu bramki nas wypuściły. Pojechaliśmy dalej i na najbliższej stacji paliw się zatrzymaliśmy – tam przekazałam kierownicę Bartkowi. Szybka toaleta, małe przemeblowanie w bagażach, nakładanie przeciwopalacza i ruszamy dalej.
Trasa od rzeczonej stacji do Wenecji była króciutka. Z niecierpliwością zerkaliśmy przez okna, aż naszym oczom ukazała się woda. Ogrom wody J. Na zachwyty nie mieliśmy niestety zbyt wiele czasu i szybko nasze oczy musieliśmy odkleić od szyb i wkleić w przewodniki, nawigacje i mapy w poszukiwaniu miejsca postojowego. Parking odnaleźliśmy, jednak miejsca na nim już nie. Po kilku dobrych minutach szukania i kilku kółkach wokół jednego ronda trafiliśmy na kolejny parking. Tam miejsca było już w bród. Z niezwykłą pieczołowitością zamknęliśmy busika i ruszyliśmy zwiedzać. Później dopiero okazało się, że wcale nie byliśmy tak dokładni jak nam się wydawało. Wracając po kilkugodzinnym zwiedzaniu zastaliśmy w busiku czekające na nas, jak na studzonych wędrowców, zapalone światełko. Nie trwóżcie się jednak. Busik został zaopatrzony przez tatę Bartka (który zapewne zdawał sobie sprawę z jak zdolną ekipą ma do czynienia) w milion akumulatorów. Dzięki temu autko odpaliło bez problemu. Dziękujemy J  

Zwiedzanie rozpoczęliśmy koło godziny 15 wąskimi uroczymi uliczkami Wenecji. Bardzo szybko zmorzył nas głód więc wstąpiliśmy do małego przydrożnego baru z makaronami. Pierwsza nasza styczność z kuchnią włoską rozczarowała nas jednak niemiłosiernie. Dania były odgrzewane w mikrofali a 300g włoskiego makaronu to jakaś marna część 300g polskiego makaronu :P. Nie zrażamy się jednak i jeśli fundusze pozwolą będziemy próbować dalej J. Nakarmieni, z pokrzepionymi siłami ruszyliśmy zwiedzać już na poważnie. Na pierwszy ogień poszła dzielnica San Polo położona w dużym zakolu Canal Grande na północny wschód od San Marco. Uchodzi ona za najstarszą zamieszkaną część Wenecji od wieków tętniąca życiem.
 


 
Niegdyś ściągała handlarzy i kupców stając się handlowym centrum miasta i po dzień dzisiejszy przepełniona jest małymi straganikami i sklepikami. Mieliśmy tam możliwość zobaczenia największej gotyckiej świątyni w tej dzielnicy – Santa Maria Gloriosa dei Frari oraz Scuola Grande di San Rocco. Następnie przez Campo di S. Polo wąskimi uliczkami i uroczymi mosteczkami dotarliśmy do najsłynniejszego mostu w Wenecji - Ponte di Rialto, który nazwę otrzymał od nazwiska architekta, który go zaprojektował.
 


Został wykonany w latach 1588-92 po kilkukrotnym zawaleniu się wcześniejszych konstrukcji spinających oba brzegi. Po kilku słit fociach wyczekanych w ogromnym tłumie turystów mogliśmy ruszyć na dalsze podboje. Część naszych ludzi zaczęła powoli odczuwać… pęcherz. Szukając toalet, co w Wenecji nie jest takie proste, dotarliśmy na Plac św. Marca. Kolejne foteczki naszej wesołej brygadki przy Bazylice św. Marka i Kampanila J.
 


 
No dobra teraz z tymi pęcherzami nie ma już żartów. Coraz więcej członków naszej ekipy zaczyna odczuwać potrzebę, a toalet jak nie było tak nie ma. Minęliśmy kilka znaków informacyjnych o toaletach, ale nigdzie nie mogliśmy ich znaleźć. Mamy wrażenie, że władze Wenecji postanowiły prowadzić swoistego rodzaju humorystyczną grę terenową z turystami pod tytułem: ”Znajdź WC”. Po kilku odwiedzinach w restauracjach okalających plac, ba nawet po wizycie w muzeum udało się ustalić w końcu lokalizację WC. Jednogłośnie została okrzyknięta przez nas najdroższą toaletą – 1.5 euro. Wujek dobra-rada-tripowóz radzi: w Wenecji ograniczcie płyny, a przed zwiedzaniem załatwcie wszelkie swoje potrzeby fizjologiczne J.
Ruszamy dalej cały czas kierując się na południe. Docieramy do ostatniego już w tym dniu jak się okazuje zabytku – Santa Maria della Salute.


Przy tym mniejszym od Bazyliki św. Marka, ale równie imponującym kościele mogliśmy zaobserwować rewelacyjne acz uzasadnione zjawisko – Taxi boat J Oczywiście każdy wiedział, że w Wenecji są wprawiające w romantyczny nastrój gondole, ale nie spodziewaliśmy się tak praktycznego rozwiązania. Mimo wszystko nie skorzystaliśmy i z buta powróciliśmy do naszego busika dzięki niezastąpionemu nawigatorowi, którym był Mati. Po lekkim zawale jaki przeżyliśmy widząc światło zapalone w aucie i udanym odpaleniu samochodu, zapłaciliśmy za postój (21 eursów) i ruszyliśmy na poszukiwanie autogrilla, przy którym moglibyśmy spędzić noc. Ten na, którego trafiliśmy nie dość, że okazał się zamknięty to jeszcze nie miał zbyt wiele miejsca parkingowego. Niewzruszeni takimi przeciwnościami cichaczem zakradliśmy się na tyły jakiegoś mechanika, który z kolei był na tyłach stacji z autogrillem. Między tym mechanikiem a jakimś mniejszym budynkiem, w którym był transformator zaparkowaliśmy, rozbebeszyliśmy samochód z bagaży i odpaliliśmy kuchenkę. Zupki chińskie, herbatki i kuskus poszły w ruch. Później skorzystaliśmy z gościnnych toalet między stacją i autogrillem kąpiąc się w umywalkach. Pojedzeni, umyci i pełni wrażeń po pięknej Wenecji położyliśmy się spać przy dźwiękach klimatyzatorów od pobliskiego Holiday Inn. Dobranoc.


 

czwartek, 21 sierpnia 2014

Reaktywacja!


Jak już zapewne wiecie ze wcześniejszego wpisu, nastąpiła reaktywacja tripowozu. Reaktywacja realizaji naszego marzenia również.
Tripowóz stoi już pod naszym blokiem. Nikt z nas nigdy nie przypuszczał, że najpiękniejszą muzyką dla naszych uszu okaże się dźwięk działającego silnika. :)
Rozpoczęliśmy ponowne przygotowania do wyjazdu.



Ta mała czerwona kropka to nasz tripowóz :)


Przez cały ten czas żyliśmy dosłownie na walizkach... Ok, no może bardziej na torbach. Większość rzeczy "szlaja się" w bliżej nam nieznanych lokalizacjach. Bardzo wolno, jak na nasze potrzeby, wykształcamy zmysł tropienia.
Wiemy natomiast gdzie jest apteczka. Siedzi sobie grzecznie i spokojnie nikomu nie wadząc w Lipniku na parkingu upchnięta gdzieś we fiacie Pana Stanisława :)


Małe pobojowisko i Adzka w ferworze walki. Mati jak zwykle...

Po otrzymaniu informacji, że silnik działa i przeprowadzonych przez mechanika testach doszliśmy do wniosku, że na pewno jedziemy w dalszą trasę. Hmm... mamy czym, ale nie mamy w czym. Szybkie pranie, po kŧórym w ruch poszły farelka, suszarka i żelazko.




 Pierwsze suche miejsce :)


Ekipa susząca


Po chwili jednak dochodzi do nas, że to nie wystarczy. Zaczynamy prześcigać się w pomysłach czym szybciej można by wysuszyć pranie. Zwycięzcą zostaje okrzyknięta mikrofalówka.

 Testowe majtki

Kupka zwycięskiego suchego prania :) 


Nasza czeska Wenecja

Tak z grubsza wyglądała nasza historia:

Zgodnie z planem wyruszyliśmy o 21:30 w dniu 14 sierpnia. Kraków opuściliśmy około 23:00 po paru krótkich ( = P) przystankach. Dramaty na początku przeżyli: Jasiu (brak patelni), Mati (brak materaca), wszyscy (brak plandeki). 
O 1:08 poczuliśmy smród palonego chińskiego plastiku (Bartek: „Tato przepraszam. Zepsułem Ci Twoją super świecącą wtyczkę... ).  Stopiła się przedłużka, do której podpięta była lodówka. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że to zły omen zwiastujący nadchodzące problemy…
Ok. godz. 2:30 na drodze ekspresowej w Czechach między Ostravą, a Brnem auto zakrztusiło się i umarło. Trochę spanikowani zepchnęliśmy samochód na pobocze i rozpoczęliśmy oględziny. Po dodatkowych konsultacjach telefonicznych z Tatą Bartka uznaliśmy, że winowajcą jest rozrusznik. Zabraliśmy się zatem za pchanie tripowozu w stronę najbliższej miejscowości, którą okazał się oddalony o ok. 2 km Lipnik nad Becvou. Podczas tej operacji mieliśmy nawet spory ubaw: wszyscy ubrani w gustowne odblaskowe kamizelki i podzieleni na role. Chłopakom przypadła rola siły pchającej, Adze rola kierowcy, Moni rola trójkąta i sygnalizatora, a Adzi rola oświetleniowca pobocza (ponieważ musicie wiedzieć, iż większość drogi pchaliśmy samochód tyłem, a potem nawet pod górę = ) ). Po jakimś czasie, który wydawał nam się wiecznością dotarliśmy pod Lipnik (ok. godziny 5 rano).


Po udanym dopchaniu samochodu w bezpieczne miejsce.


Po wschodzie słońca.


Adzia z Bartkiem poszli na zwiad, a reszta rozbiła obozowisko = )


Po misji zwiadowczej okazało się, że los nam sprzyja i jakieś 200 metrów dalej jest złom, przetwórnia metalu, a przy okazji jakaś mechanika pojazdów. Stanęliśmy jak te sierotki z naszym tripowozem pod bramą z minami niczym zbite szczenięta. Po rozmowie (polsko-czeskiej) z pierwszą napotkaną osobą (naszym późniejszym wybawcą – Panem Stanislavem), udało się ustalić, że samochód trzeba wprowadzić na warsztat oraz, że na pewno nie posiada u siebie takiego typu rozrusznika, który pasowałby do naszego auta. Należy zaznaczyć, że całe jedno pomieszczenie w jego zakładzie było wypełnione samymi rozrusznikami.
Jak ustaliliśmy, tak zrobiliśmy. Tripowóz został zaprowadzony na warsztat, a my mogliśmy się rozejrzeć po całym zakładzie, który zrobił na nas ogromne wrażenie.


Dziewczyny po prostu musiały zrobić sobie zdjęcie z tym jakże ciekawym elementem na złomowisku.


Okolica = D


Mechanik wstępnie ogląda samochód.


Pan Stanislav w swoim pojeździe = )


Chłopaki zostały przy samochodzie, a dziewczynami zaopiekował się jeden z pracowników, którego ochrzciliśmy Kudłaczem. Jego wygląd był tak niesamowity, że trzeba by go zobaczyć, żeby uwierzyć = D. Najbardziej w oczy rzucała się burza włosów, które na czubku głowy ostro się przerzedzały i w porywach dwa zęby, które często pokazywał w szerokim uśmiechu. Bardzo żałujemy, że nie zrobiliśmy mu żadnego zdjęcia. Był bardzo rozmowny i mimo, że rozumieliśmy co dziesiąte słowo dowiedzieliśmy się, że lubi Polaków, bo jego matka pochodzi z Krościenka, jego ojciec jest Węgrem, a dziadek Hindusem. Powtarzając, żebyśmy się nie martwiły o samochód, bo na pewno go naprawią, zaprowadził nas do zakładowego „socjala”, żebyśmy sobie wygodnie usiadły i poczekały. Socjal również przerósł nasze najśmielsze wyobrażenia J.


Po prostu socjal :D


Czekamy na wieści co z naszym autkiem.

Pan Stanislav postawił pół Lipnika na nogi aby znaleźć dla nas rozrusznik. Niestety okazało się, że w tym mieście nie ma takiego, który by pasował do naszego samochodu. W związku z tym wysłał jednego ze swoich pracowników (jedynego, który wyglądał w tym zakładzie normalnie) razem z Bartkiem do oddalonego o 15 km miasteczka, w którym jeden z jego znajomych mógł posiadać lub załatwić nam brakującą część. Na miejscu okazało się jednak, że i tam nie ma rozrusznika ale 30 km dalej jest część, która może przywrócić rozrusznik do życia. Oczywiście co zrobił Pan Stanislav? Przekonał wspomnianego znajomego, żeby pojechał nam po tą część. No przecież normalka.
W czasie gdy Bartek był na misji zdobycia rozrusznika lub jego części reszta ekipy popijała sobie kawkę/herbatkę przy ciasteczku w ogrodzie razem z naszym gospodarzem i jego przesympatycznym dalmatyńczykiem – Noxem. Cały surrealizm sytuacji zaczynał do nas powoli docierać. Zaczęliśmy nawet zastanawiać się czy przypadkiem nie mieliśmy jakiegoś poważnego wypadku i nie leżymy teraz wszyscy pod narkozą mając zbiorową halucynację.
Po pewnym czasie dotarła do nas informacja, że niestety część do rozrusznika będzie u nas nazajutrz rano. Musieliśmy znaleźć jakiś nocleg. Co zrobił Pan Stanislav? Przyniósł nam swój namiot, zaproponował nam osłonięty leżak w ogrodzie bo to przecież oczywiste, że nocujemy u niego. Podziękowaliśmy jednak za propozycje i ustaliliśmy, że noc spędzimy w samochodzie w warsztacie. Lepszego hotelu nie mogliśmy sobie wymarzyć. Ciepło, sucho do dyspozycji prysznice i kuchnia (normalna, nie w stylu socjala =P).
Po powrocie Bartka zdecydowaliśmy, że możnaby zwiedzić miasto do którego tak brutalnie rzucił nas los. Pan Stanislav udzielił nam informacji co warto zwiedzić  i zaprosił nas wieczorem na grilla.
Lipnik okazał się bardzo pięknym miejscem, ze starym kościółkiem (z wieżą rodem z Assassin`s Creed), ładnym ryneczkiem, zadbanymi, czystymi kamienicami i mnóstwem rzeźb z metalu rozsianych po całym miasteczku. Dodatkowo, w pobliżu miasta położony jest zamek Helfstyn- jeden z największych grodów w Czechach. Niestety nadchodząca burza zniweczyła nasze plany zwiedzenia go. Zjedliśmy za to bardzo smaczny obiad na rynku i postanowiliśmy wrócić do naszego tymczasowego domu w celu przespania się (jako, że nie spaliśmy przez całą noc).


Zwiedzanie Lipnika. Wszyscy w doskonałych humorach mimo ciężkich przeżyć tej nocy.


Wieża kościoła w całej okazałości.


Za kościołem znaleźliśmy ogród z różnego rodzaju rzeźbami.


Aga ze ślimakiem Stefanem w paszczy morskiego potwora.


Znaleźliśmy nawet chińczyka!





Na rynku w Lipniku.



Jedyne graffiti, które znaleźliśmy w całym miasteczku.


Stefan pozuje.




Kot, który zainstalował się na wystawie :)




Wróciliśmy do samochodu odpocząć choć parę godzin.



Wieczorem odbył się zaplanowany grill, którego z powodu burzy musieliśmy później przenieść do domu. Wtedy właśnie Pan Stanislav opowiedział nam, pokazując mapy i gazety, że od 2005 roku bierze udział w raidach Dakar jako szef zespołu mechaników (czy jakoś tak :P). Przy okazji zwiedził kawał świata, poza Afryką i Ameryką Południową jeździł po całej Europie. Wtedy właśnie wszyscy stwierdziliśmy, że nic już nas nie zdziwi na naszej wyprawie... Do dziś zastanawiamy się jakie musieliśmy mieć szczęście w naszym całym pechu, że trafiliśmy akurat na Niego.


Nox chce aktywnie uczestniczyć w przygotowaniach do grilla.




Pod nieobecność swojego pana Nox z dumą zajmuje jego miejsce.

Następnego dnia rano okazało się, że część na którą czekaliśmy dotarła i mechanik może zacząć ją montować. Po zjedzeniu pysznego śniadania udaliśmy się do warsztatu, aby być świadkami ożywienia naszego samochodu.
Niestety nasza przygoda nie skończyła się szczęśliwie, tak jak na to wszyscy mocno liczyliśmy. Auto odpaliło, ale od razu widać było, że to nie rozrusznik stanowił nasz największy problem. Silnik łomotał, gasł, palił olej. Na dodatek w pewnym momencie rozszczelnił się i trysnął olejem na wszystkie strony. To była chwila załamania dla wszystkich. Zdaliśmy sobie sprawę, że nigdzie już nie pojedziemy i naszym największym problemem stało się przetransportowanie samochodu do Polski. Pan Stanislav wyglądał na załamanego równie mocno jak my. Próbował jeszcze walczyć i zrobić z naszym silnikiem cokolwiek, ale niestety na niewiele już się to zdało. Wtedy zaproponował nam coś, co zupełnie zbiło nas z nóg. Pokazał nam swój samochód dostawczy i powiedział coś mniej więcej takiego: " Wy jedźcie do Włoch, Francji tym samochodem, a ja naprawię wasze auto w tym czasie." To było dla nas już zbyt wiele. Podziękowaliśmy serdecznie, ale nie mogliśmy się zgodzić na tą propozycję. Poprosiliśmy jedynie, czy nie moglibyśmy pożyczyć jego samochodu, aby zaholować nasz do Krakowa. Nie widział w tym żadnego problemu. Dodatkowo powiedział, że postara się nam załatwić zlecenie przewozu jakiegoś towaru z Krakowa, żebyśmy wracając do Czech jego autem nie robili pustego kursu. 

(Adzia) Jego zwiedziony wyraz twarzy, kiedy przyszliśmy Mu powiedzieć, że wracamy do Polski i słowa, które tak smutno powiedział "To nie będzie Włochy, Francja...?" były naprawdę rozbrajające. Dodatkowo przy grillu, kiedy jeszcze byliśmy wszyscy w doskonałych nastrojach i myśleliśmy, że wszystko dobrze się skończy obiecaliśmy, że będziemy Mu wysyłać zdjęcia z miejsc, które odwiedzimy. Zdanie sobie sprawy, że to wszystko nie będzie miało miejsca... "to jak szpetny film" powiedział Pan Stanislav.

Przygnębieni wróciliśmy do Polski holując nasz martwy tripowóz. Postanowiliśmy się jednak nie poddawać i od razu zabraliśmy się za szukanie nowego silnika, uznając, że nasza przygoda nie może się tak beznadziejnie skończyć. 


Nie skończy się w ten sposób na pewno. We wtorek znaleźliśmy silnik. Bartek z zaprzyjaźnionym mechanikiem Arturem udali się po niego aż do Mielca za Tarnowem. Reszta ekipy pojechała zwrócić Panu Stanislavowi samochód. Tak jak obiecał, załatwił nam zlecenie, w związku z czym jechaliśmy do Czech z rolkami miedzi i mosiądzu ważącymi półtora tony :P. Ucieszył się na nasz widok (w końcu jaką miał pewność, że odzyska samochód?) i pytał o wszystko. Wyjaśniliśmy, że mamy zamiar naprawić auto i pojechać na wakacje choćby nie wiem co oraz, że na pewno dostanie od nas jeszcze mnóstwo kartek z różnych miejsc. Pytaliśmy po raz setny ile jesteśmy mu dłużni za wszystko co zrobił, ale nie chciał od nas pieniędzy. Dostarczyliśmy Mu towar i wystarczy, jesteśmy kwita.


W biurze Pana Stanislava po powrocie do Czech.

Dziś, po dwóch dniach bardzo ciężkiej arturowej pracy z silnikiem, wiemy, że nasze auto powstało z martwych. Właśnie czekamy na jego odbiór. I wiecie co? Mamy zamiar ruszyć nim w trasę. Krótszą oczywiście, bo mamy o wiele mniej czasu i pieniędzy, ale gdzieś na pewno jeszcze uda nam się dojechać. 


Artur ciężko pracuje nad silnikiem. O 22:00 we wtorek przyjeżdżamy z Czech i odwiedzamy Go w warsztacie. Po lewej stronie nowy silnik, po prawej częściowo rozebrany stary.


Oto, co było w naszym silniku. Szczątki tłoka. Totalna masakra.


W naszą wyprawę zaangażowało się tak wiele osób, tyle ludzi bardzo ciężko pracowało i włożyło mnóstwo serca, żeby nam się udało. Na pierwszych miejscach oczywiście należy wymienić Tatę Bartka, Pana Stanislava i Artura, który wskrzesił nam samochód :). Dlatego właśnie to nie może się skończyć jak "szpetny film"!



Razem z Panem Stanislavem i z Noxem przed firmą. W tle samochód, który właśnie Mu zwróciliśmy :)