sobota, 6 września 2014

Opuszczone miasto, Monako, Nicea

AGA

Nasz nocleg w Balestrimo – opuszczonym mieście nie byłby pełen emocji gdyby nie dzwony. Najpierw w okolicy 30 po a potem w okolicy równej i jeszcze wybijał, która godzina mija. Horror – Monia spuentowała, że miasto pewnie jest opuszczone, bo od 500 lat nikt nie potrafi wyłączyć drzemkę budzika ustawionego na dzwonach. Żartów nie było końca od rana, bo opuszczone miasto, na razie przedstawiało się przed nami jak każde inne Włoskie miasteczko, więc obawialiśmy się, że przed naszym przyjazdem zdemontowali całą atrakcje.

Parking w miasteczku (nie do końca opuszczonym) nad ranem 

 Po śniadaniu niezniechęceni wyruszyliśmy na poszukiwanie opuszczonego [zakazanego jak mówi Jan] miasta. Ruiny miasteczka wyłoniły się wreszcie przed nami. Rozochoceni widokiem żwawo poszliśmy w stronę przygody. Niestety przygoda szybko się skończyła, bo wyrosły przed nami dwie potężne bramy, a jedna nawet z kamerką i napisem prywatne. A co tam, nas bramy nie odstraszą. Weszliśmy na teren Balestrimo bramką, w której była szpara. Niektórzy ledwo przeszli, ale to miał być dopiero początek, a okazało się, że musimy się wracać, ponieważ stoimy na pierwszym piętrze budynków i nie ma możliwości bezpiecznego zejścia w dół.

Opuszczone miasteczko


 Kolejna decyzja - próbujemy forsować miasteczko z drugiej strony. Znów była brama tyle, że dużo łatwiej było ją przejść. Tutaj jednak drużyna podzieliła się na dwie grupy. Bartek, Adźka i Monia – rządni przygody wkroczyli na teren miasteczka. Jan, ja i Mati – przyjęli postawę uszanowania prawa własności. Siedząc przy bramie zastanawialiśmy się czy pozostali zostali oskalpowani, albo czy nie wpadli do jakiejś czeluści. No ale przygoda to  przygoda. W końcu ujrzeliśmy ich kroczących nerwowym krokiem w naszym kierunku. Okazało się, że Bartek wypatrzył jak ktoś wjeżdżał samochodem na teren Balestrimo. Z opowiadań dowiedzieliśmy się, że miasteczko jest mocno zniszczone i splądrowane. Szkoda, że stało się dobrem prywatnym. 



Wróciliśmy trochę zniesmaczeni do samochodu, spakowaliśmy się i ruszyliśmy w stronę granicy Włoch z Francją. Ta część podróży była administrowana przez Monię i Matiego. Zaplanowali wizytę w Monako i Nicei. Droga przebiegła bardzo sprawnie choć była bardzo kręta. Monako to miasto państwo, które wyrosło przed nami między górami. Na miejscu mieliśmy ogromne problemy z zaparkowaniem. Przede wszystkim byliśmy za wysocy dla wszystkich parkingów, które udało się nam ujrzeć. Wreszcie miejsce zostało znalezione, a wykupiona strefa jak się okazało zahaczała kolejny dzień. Bez obaw zostawiliśmy samochód, byliśmy przekonani, że na tle otaczających nas samochodów wyglądamy biednie i nikt nawet nie pomyśli, żeby nas okraść.


 Najpierw podziwialiśmy jachty mniejsze i większe, a niektórzy też rzeźby, które były umieszczone w różnych punktach. Trzeba przyznać, że czuć duże pieniądze w Monako.



 Niektórzy z nas czuli się biedniej niż zwykle. Jednak trudno powiedzieć, żeby to miejsce miało dusze. Wszystko jest odnowione i wygląda jakby zostało wybudowane dzień wcześniej. Zobaczyliśmy zamek i piękną panoramę morza i miasta. Przechodziliśmy obok pięknego monumentalnego muzeum przy którym stała żółta łódź podwodna.





Co jakiś czas można było spotkać policjanta, który był gotowy do udzielenia pomocy i wskazówek turystom co bardzo nam się spodobało. W Monako rozsiane też są perfekcyjnie zaprojektowane ogrody, szkoda tylko, że nie wolno wchodzić na trawę.


Mieliśmy dylemat co robić dalej ale zdecydowaliśmy się jechać dalej do Nicei, która jest bardzo blisko Monako. Nicea jest potężnym miastem, ale do zwiedzenia było niewiele miejsc. Punktem obowiązkowym miała być kolacja. Zaparkowaliśmy samochód i wyruszyliśmy na miasto. Życie nocne w tym mieście jest bardzo bogate. Byliśmy na placu, nad którym górowały podświetlane figury i potężna fontanna.





Plac Sprawiedliwości to kolejny punkt wyprawy i tutaj jedliśmy. Kiedy zaczęliśmy czytać menu, by zorientować się w cenach i możliwościach podeszła do nas Pani, która twierdziła, że mówi po angielsku i zaczęła nam wyjaśniać menu. Była bardzo miła, ale nic nie zrozumieliśmy. Została okrzyknięta mistrzynią frenglish. Zamówiliśmy napoje chłodzące, wino domowe, lasagne z kozim serem i szpinakiem, zestaw z grilla, i dwa makarony.


 Jakość posiłków była nierówna ale nie było dramatu. Stwierdziliśmy, że jest dość późno i musimy jeszcze zobaczyć promenadę i panoramę…. 




Na kamienistej plaży było pełno imprezujących grup młodzieży. Prawie jak w przestrzeni grillowej na miasteczku studenckim AGH. Niestety z każdym krokiem coraz bardziej odczuwaliśmy ciężar posiłku i potrzebę WC. Mimo to poszliśmy w stronę schodów prowadzących na Wzgórze Zamkowe, z którego mieliśmy zobaczyć piękny widok. Niestety brama była zamknięta.


 Trochę przyłamani skoncentrowaliśmy się na misji toaleta. Zdecydowaliśmy, że wracamy do restauracji, w której jedliśmy. Na szczęście Pani kelnerka nas pamiętała i pozwoliła skorzystać z toalety. Potem jeszcze zrobiliśmy małe zakupy i wróciliśmy do samochodu. Kolejny cel podróży to jezioro św. Krzyża. Po drodze polujemy na stację paliw, toaletę i prysznic. 50 km przed punktem docelowym zatrzymaliśmy się żeby się wyspać  i umyć. Staliśmy się mistrzami wypakowywania samochodu i przygotowywania go do spania. Bardzo sprawnie zrobiliśmy wszystko co potrzeba i nawet nie rozwaliliśmy się na pół stacji. I poszliśmy szybko spać, bo kolejny dzień zapowiadał się ekscytująco.  

czwartek, 4 września 2014

"Druga para parzy" - Cinque terre dzień 2

AGA
Po dniu rozkoszowania się plażą w Monterosso kolejny dzień postanowiliśmy poświęcić zwiedzaniu Cinque Terre. Ta część naszej podróży była administrowana przeze mnie i Janka. Zaproponowaliśmy inną formę zwiedzania niż do tej pory. Każda para wyruszyła sama na zwiedzanie Cinque Terre. Stwierdziliśmy, że to będzie najciekawszy sposób poznania tych miejsc, ponieważ wspólne zwiedzenia musiałoby ograniczyć nasze wybory ze względu na upodobania każdego z nas i ze względu na czas, który był dość ograniczony. Dzięki temu, że każda para była sobie sterem i okrętem każdy zobaczył coś innego, wybrał inne elementy z palety dostępnych atrakcji. Poniżej każda para opowie swoje spotkanie z Cinqque Terre.

Aga i Jan
Nie ustalaliśmy wcześniej ściśle trasy naszej wycieczki. Zdecydowaliśmy się tylko na to, że wysiądziemy w pierwszej miejscowości czyli Riomaggiore. Choć wysiadając z pociągu byliśmy przekonani, że w każdym miasteczku spędzimy około godziny to, to miasteczko nas zachwyciło i przedłużyliśmy czas pobytu. Najpierw kroczyliśmy dróżką, pod którą płynął strumyk. Jan był zachwycony, bo uwielbia wszelkie strumyki, potoki, rzeki itp.  Zobaczyliśmy kościół św. Jana Chrzciciela. Miasteczko ma to do siebie, że w miarę posuwania się do przodu ono rośnie przed nami. Według informacji, które zdobyliśmy wcześniej ma ono zabudowę pionową i trzeba przyznać robi ono wrażenie. Idąc wzdłuż drogi zobaczyliśmy górujący cmentarz i początkowo myśleliśmy, że to wszystko, ale kiedy zaczęliśmy wracać zdecydowaliśmy się jeszcze zejść nad morze. Droga prowadząca na betonową plaże i do centrum miasteczka stała się obiektem naszej miłości i nienawiści. Od głównej drogi stromo w dół poprowadziły nas maleńkie schody – nie spełniające żadnych norm BHP - wciśnięte między domy. Z jednej strony walczyliśmy, żeby się nie potknąć, a z drugiej wypatrywaliśmy między domkami pięknych panoram morza i dróżek prowadzących gdzieś indziej… Stwierdziliśmy, że nie omijamy żadnej szczeliny, żeby czegoś nie przegapić, a niestety jeśli sami oto nie zadbamy  to kierunkowskazy nam nie pomogą. Dzięki takiemu odbiciu w bok trafiliśmy w na  skalny klif. Niesamowita panorama  morza , miasteczko i silny wiatr. Można było odczuć potęgę morza i fal uderzających o skały. Nasza wspomniana nienawiść do ściśniętych schodów była związana ściśle z powrotem. Mieliśmy wrażenie, że idziemy pod kątem 90 stopni. Było strasznie duszno co nie sprzyjało wspinaniu się po schodach ale daliśmy rade. Z wielkimi uśmiechami pobiegliśmy na pociąg. Kolejne miasteczko to Manarola. Tutaj po wyjściu z pociągu i przejściu przez tunel, w którym zobaczyliśmy zdjęcie giganta z Monterosso, który chciałam zobaczyć, ale nie udało się to nam dzień wcześniej. Gigantyczny Neptun powstał w XX wieku ale zaciekawił mnie, ponieważ miał podtrzymywać muszle, która początkowo spełniała funkcje parkietu tanecznego. Na zdjęciu robił wrażenie, chociaż jest już mocno zniszczony. Wracając do naszej wycieczki, gdy wyszliśmy z tunelu skierowaliśmy się na lewo. Dreptając za grupą ludzi Jan wypatrzył Bartka i Adźkę w restauracji. Trzeba tu dopowiedzieć, że funkcjonowała niepisana umowa druga para parzy, w związku z czym zakamuflowaliśmy się w grupie ludzi i poszliśmy dalej. Nie wiele było do zobaczenia więc znów musieliśmy wymyślić jak przejść niepostrzeżenie. Powtórzyliśmy trik i wmieszaliśmy się w tłum. Poszliśmy w górę miejscowości. Okazało się, że pod drogą płynie strumyk i jeszcze można go zobaczyć mocno się wychylając. Były też maleńkie mostki do domów, było urokliwie. Szliśmy w górę z głowami zadartymi by podziwiać szaleńczą zabudowę. Ludzie są niesamowici, że potrafią dostosować się do tak nie przyjaznych warunków. Co istotniejsze w Cinque Terre potrafili zrobić to tak by współgrać z zastaną przyrodą. Dotarliśmy do placu z wierzą i kościołem i oczywiście pięknym widokiem. Kościoły, które odwiedziliśmy w tych miasteczkach były wypełnione ciszą i spokojem, choć nie były okazałe i bogato zdobione to nie chciało się z nich wychodzić. Będąc w kościele w Manaroli spotkaliśmy uroczego chłopca, który zapalał wszystkie świecie, które zgasły, po czym popatrzył na nas zwiadowczo pomodlił się i jak się potem okazało krył się przed mamą J Zmierzając na pociąg aby pojechać do następnego miasteczka Jaś znów wypatrzył Adźkę i Bartka – o zgrozo. Panika w oczach, bo chyba idą w naszą stronę i co tu robić. Wbiegliśmy w bramę, ale stwierdziliśmy, że nas tu zobaczą więc wyszliśmy wyżej i staliśmy w drzwiach jakiegoś mieszkańca. Pełni obaw wypatrywaliśmy czy już przeszli obok nas, ale jakoś czas mijał a oni nas nie mijali, więc Jan pełen obaw zszedł na dół i zbadał teren. Nikogo nie było, więc poszliśmy na pociąg. Oczywiście Bartek i Adźka tam byli, ale udało się nam niepostrzeżenie wsiąść do  naszego pociągu.

Kolejny przystanek to Corgnilia, tutaj oprócz zwiedzania chcieliśmy coś zjeść i wysłać pocztówki. Do miasteczka trzeba pokonać ponad 300 schodów, my jednak mieliśmy dość schodów więc pojechaliśmy busikiem do miasteczka. Przypadło nam ono do gustu. Jest przytulniejsze niż te które widzieliśmy. Przemierza się maleńkie ulice w środku miasta między sklepikami i knajpkami. Udało nam się wysłać kartki, zobaczyliśmy jeden z kościołów po czym ruszyliśmy żeby coś zjeść. Nie mogliśmy się zdecydować ale usiedliśmy w końcu w jednej z restauracji, gdzie wypatrzyła nas Monia i Mati. Zdecydowaliśmy, że razem pójdziemy coś zjeść ale ostatecznie się rozdzieliliśmy i umówiliśmy się, że razem pójdziemy schodami na pociąg. My weszliśmy ostatecznie do pizzerii, w której nad ladą były fikuśne lampki. To był bardzo dobry wybór. Otrzymaliśmy od miłego Włocha prawdziwą pizze i uśmiechnięci poszliśmy zobaczyć jeszcze jeden kościółek i panoramę morza. Na plac, na którym patrzyliśmy na bezgraniczną toń morza przywędrował kot, który od razu zaczął łasić się do Janka. Potem poszliśmy na umówione miejsce i razem z Monią i Matim zeszliśmy po schodach na pociąg. Na stacji w Riomaggiore dołączyli do nas Adźka i Bartek. Pierwsze pytanie jakie im zadaliśmy to, czy nas widzieli. Powiedzieli, że – NIE -  więc zatriumfowaliśmy. Żałujemy tylko, że nie zobaczyliśmy Vernazzy, ale Monia i Mati opowiedzieli nam co nie co i pokazali zdjęcia, więc ukoili nasz ból.

Monia i Mati 
Z aparatem w ręku i uśmiechem na ustach udałem się z Monią na kolejną wizytę w Cinque terre. Plan był nieco inny niż dzień wcześniej. Ogółem 3 pary miały wybrać 3 różne trasy i tak też się stało. W skrócie: po śniadaniu zapakowaliśmy wszystko do yolobusa i w nawigację wpisaliśmy ulicę znajdującą się blisko dworca w La Spezia, z którego startował pociąg. Niestety trasa wyznaczona przez pana Hołowczyca była jakaś taka nie bardzo w związku z czym zostawiliśmy nasz wehikuł w zupełnie przypadkowym miejscu i udaliśmy się w stronę dworca. W pociągu uzgodniliśmy po pierwsze iż „druga para parzy” przez co rozumieliśmy, że trzymamy się z dala od siebie, a po drugie że spotykamy się jakoś tak około 20 na peronie w La Spezia. Ponadto ustaliliśmy, że jeżeli kogoś nie będzie na dworcu o umówionej godzinie to wraca na piechotę do Polski. Gdzie ja to…. a… aparat, uśmiech, Monia. Każda para wysiadła na innej stacji. My razem z nieliczna grupką ludzi wyskoczyliśmy z pociągu na przedostatniej stacji -Verrnaza i po obraniu ogólnego kierunku „na wodę” przeszliśmy wąską (a przynajmniej wtedy mi się taką wydawała) ulicą główną w stronę zatoczki, po drodze zjadając fast sea foodowe kalmary w cieście, kraby i jakieś kulki.

Om nom nom nom... 

 Niepokój w naszych sercach zasiała informacja wyświetlona na aparacie głosząca, iż została tylko jedna bateria co oznacza mniej niż 700 zdjęć (a dnia było jeszcze sporo) więc zamiast 30 zdjęć kota, który przechadzał się główną ulicą miasteczka mamy tylko jedno.

 Po dotarciu do wybrzeża udaliśmy się na twór przypominający mini molo z czymś w rodzaju tarasu wychodzącego na morze.


Następnie wąskimi schodami przeszliśmy w wzgórze skąd rozciągał się ciekawy widok i na ostatnią i na środkową miejscowość, schodząc inną drogą uzgodniliśmy że przejdziemy się trasą widokową między wioskami. Odległość między Corniglią a Vernazzą nie była jakaś niesamowitą bo liczyła zaledwie 3,4 km. Sęk w tym, że pierwsze 75% trasy to było podejście pod górę co dla nas okazało się nie lada wyzwaniem. Z opisów wynikało że trasę powinniśmy przejść w mniej więcej godzinę z hakiem, ale nigdzie nie było napisane co jest w to wliczone. Trasa widokowa, jak każda inna trasa widokowa, usiana była widokami. W pewnej chwili naszą uwagę przykuło zbiorowisko kaktusów z owocami, niewiele myśląc uciąłem najbliższy owoc pooglądałem i podałam Moni, która po oglądnięciu stwierdziła, że go rozłupie. Nie było to strasznie ciężkie jako że był miękki.

 Niestety nie byliśmy pewni czy w tej fazie rozwoju jest to jadalne więc wyrzuciliśmy resztki i... no właśnie to coś wliczone w czas potrzebny na przemieszczenie się między wioskami to było wyciąganie tych małych kłujących igiełek, których na początku nie było w ogóle czuć, a które nie dawały na spokoju prawie do końca wędrówki.
Monia dalej walczy z mikroigiełkami... 
 Po spędzeniu prawie 20 minut na wyciąganiu tego plugastwa i po małym kryzysie przed połową drogi dotarliśmy do ciekawego punktu. Na murach jednego z domów znajdującego się przy trasie, ktoś umieścił tablicę informacyjną. Umieszczono na niej alarmowe numery telefonów; informację, że jesteśmy już w połowie drogi i liścik, który głosił, że jeśli zielone drzwi po prawej są otwarte, każdy jest mile widziany. Może wejść do domu i napełnić sobie butelkę wodą w razie potrzeby.

Pokrzepieni tym aktem dobroci dla wszelkich strudzonych wędrowców docieramy do Cornigli. Od razu rozpoczęliśmy zwiedzanie, ale nie było tego za wiele więc zaczęliśmy szukać miejsca, w którym mogliśmy coś zjeść i tak trafiliśmy na Agę i Jasia którzy również wpadli na podobny pomysł.  Z okrzykiem „druga para parzy” koniec końców ustaliliśmy że nie jemy razem. Całkiem przyjemny obiadek z winem zakończył się w tak nietypowej chwili, że do następnego pociągu mieliśmy mnóstwo czasu. Ponownie spotkaliśmy Agę i Jasia i razem udaliśmy się na stację kolejki (przemierzając jakieś milion schodów!!!). Zajęliśmy miejsca w pociągu, i na kolejnej stacji dosiedli Aga i Bartek i razem zakończyliśmy Cinque terrański wypad w Mc Donaldzie gdzie Moni udało się odblokować tablet. Szybki upload ważnych rzeczy i droga do busa, następnie na naszą ulubioną stację z autogrilem i prysznicem.


Vernazza



Na szlaku


Corniglia 





Adzia & Bartek
Postanowiliśmy rozpocząć zwiedzanie od Manaroli, zatem wysiedliśmy z pociągu na drugim przystanku żegnając się z resztą ekipy i życząc wszystkim udanego dnia. Mieliśmy podczas naszego zwiedzania bardzo ważne zadanie dodatkowe- znaleźć kawałek internetu i wrzucić zaległe posty na naszego bloga. W tym celu został nam powierzony cenny mini laptop Moni i Matiego. Ponieważ uznaliśmy to za rzecz nie cierpiącą zwłoki, spróbowaliśmy to zrobić zaraz po wyjściu z pociągu, na peronie, obok punktu z informacją (ponieważ tutaj, zgodnie z tabliczkami można było upolować internet). Nie wzięliśmy pod uwagę, że nie ogarniemy zabezpieczeń laptopa: po nieudanym mazianiu palcem po obrazku, który był hasłem rysunkowym, próbowaliśmy wpisać hasło podane nam przez Matiego- nic z tego. Nieco sfrustrowani ruszyliśmy zatem zwiedzać Manarolę. 
Po przejściu długiego tunelu łączącego peron z reszta miasteczka naszym oczom ukazał się uroczy widok. Weszliśmy w wąską, nieco zatłoczoną uliczkę, pełną sklepików z pamiątkami i restauracji, z których unosił się smakowity zapach świeżych ryb. Przebyliśmy całe miasteczko dość szybko i dotarliśmy na drogę prowadzącą do kolejnej miejscowości. Przeszliśmy nią kawałek, dzięki czemu mogliśmy podziwiać Manarolę w pełnej okazałości.




Po zrobieniu sobie pamiątkowych zdjęć wróciliśmy do miasteczka, żeby jeszcze trochę pomyszkować w jej wąskich, bardzo stromych i składających się niemal z samych schodów uliczkach. Nieźle wykończeni chodzeniem prawie wyłącznie pod górę wróciliśmy na główny deptak, gdzie kupiliśmy pocztówki i skuszeni niesamowitymi zapachami unoszącymi się z jednej z restauracji usiedliśmy w nadziei na zjedzenie czegoś pysznego. Nie zawiedliśmy się- spaghetti z mulami i makaron z łososiem, szpinakiem i kozim serem były wyborne. Zachwyciło nas tu też wino domowej roboty- pycha! Podczas obiadu znów próbowaliśmy jakoś ogarnąć laptopa, aby w końcu wrzucić cokolwiek na bloga. Wciąż się nie udawało, a nawet w pewnym momencie zablokowaliśmy go całkowicie. To naprawdę zepsuło nam humory, więc reszta dnia przebiegła w cieniu naszego niepowodzenia. Wypisaliśmy również pocztówki dla rodziny i po jedzeniu udaliśmy się na poszukiwanie znaczka oraz skrzynki pocztowej. Skrzynka oczywiście była. Znaczka już nie dało się odnaleźć, ponieważ jak się okazało po pytaniu w każdym sklepiku w Manaroli, punkt pocztowy był czynny jedynie do 14:00. Tak więc radzono nam, żebyśmy przyszli jutro o 10:00. Fantastycznie, tylko jutro o 10:00 będziemy już zupełnie gdzie indziej. 
Ponieważ zrobiło się już dość późno, a w punkcie zbiórki w La Spezia umówieni byliśmy na 20:00, postanowiliśmy przejechać pociągiem do sąsiedniej miejscowości Riomaggiore. Początkowo chcieliśmy tą drogę pokonać pieszo, ale rozleniwieni obiadem i ze świadomością, że zostało nam niewiele czasu zdecydowaliśmy się wrócić na peron. Tutaj czekało nas kolejne rozczarowanie. Pociąg się spóźniał, w związku z czym z 10 minut czekania zrobiła się niemal godzina. Doszliśmy do wniosku, że mogliśmy jednak iść pieszo, zajęłoby to tyle samo czasu, a coś byśmy jeszcze zobaczyli. Trudno, nie dało się tego przewidzieć. Pociąg w końcu nadjechał i zabrał nas do celu.
Riomaggiore okazało się większym i nie tak urokliwym miejscem jak Manarola. Tutaj również próbowaliśmy zdobyć znaczki do naszych pocztówek, jednak bezskutecznie. W jedynym sklepie, gdzie dysponowali znaczkami powiedzieli nam, że te do Europy im się skończyły i mają tylko takie do Australii, więc najlepiej jak zjawimy się jutro- wtedy na pewno będą mieli. Postanowiliśmy przejść się zatem uliczkami Riomaggiore. Doszliśmy do katedry, a potem na punkt widokowy, gdzie siedliśmy sobie na ławce z widokiem na morze i odpoczęliśmy (ponieważ tutaj również ulice okazały się bardzo strome i pełne schodów). Czas naglił, zatem dość szybko wróciliśmy na peron i wsiedliśmy do pociągu, którym jak się okazało wracała cała reszta naszej paczki.
Na szczęście przygoda z laptopem zakończyła się szczęśliwie i nie zepsuliśmy go, tylko cały czas wpisywaliśmy złe hasło, ponieważ jak się okazało nawet Mati nie znał dobrego. Jedyną osobą dysponującą ta tajemną wiedzą okazała się Monia, która odblokowała sprzęt i mogliśmy wrzucić w końcu zaległe przedwczorajsze notki.