Po dniu rozkoszowania się plażą w Monterosso kolejny dzień
postanowiliśmy poświęcić zwiedzaniu Cinque Terre. Ta część naszej podróży była
administrowana przeze mnie i Janka. Zaproponowaliśmy inną formę zwiedzania niż
do tej pory. Każda para wyruszyła sama na zwiedzanie Cinque Terre.
Stwierdziliśmy, że to będzie najciekawszy sposób poznania tych miejsc, ponieważ
wspólne zwiedzenia musiałoby ograniczyć nasze wybory ze względu na upodobania
każdego z nas i ze względu na czas, który był dość ograniczony. Dzięki temu, że
każda para była sobie sterem i okrętem każdy zobaczył coś innego, wybrał inne
elementy z palety dostępnych atrakcji. Poniżej każda para opowie swoje
spotkanie z Cinqque Terre.
Aga i Jan
Nie ustalaliśmy wcześniej ściśle trasy naszej wycieczki. Zdecydowaliśmy
się tylko na to, że wysiądziemy w pierwszej miejscowości czyli Riomaggiore.
Choć wysiadając z pociągu byliśmy przekonani, że w każdym miasteczku spędzimy
około godziny to, to miasteczko nas zachwyciło i przedłużyliśmy czas pobytu.
Najpierw kroczyliśmy dróżką, pod którą płynął strumyk. Jan był zachwycony, bo
uwielbia wszelkie strumyki, potoki, rzeki itp.
Zobaczyliśmy kościół św. Jana Chrzciciela. Miasteczko ma to do siebie,
że w miarę posuwania się do przodu ono rośnie przed nami. Według informacji,
które zdobyliśmy wcześniej ma ono zabudowę pionową i trzeba przyznać robi ono
wrażenie. Idąc wzdłuż drogi zobaczyliśmy górujący cmentarz i początkowo
myśleliśmy, że to wszystko, ale kiedy zaczęliśmy wracać zdecydowaliśmy się
jeszcze zejść nad morze. Droga prowadząca na betonową plaże i do centrum
miasteczka stała się obiektem naszej miłości i nienawiści. Od głównej drogi
stromo w dół poprowadziły nas maleńkie schody – nie spełniające żadnych norm
BHP - wciśnięte między domy. Z jednej strony walczyliśmy, żeby się nie potknąć,
a z drugiej wypatrywaliśmy między domkami pięknych panoram morza i dróżek
prowadzących gdzieś indziej… Stwierdziliśmy, że nie omijamy żadnej szczeliny,
żeby czegoś nie przegapić, a niestety jeśli sami oto nie zadbamy to kierunkowskazy nam nie pomogą. Dzięki
takiemu odbiciu w bok trafiliśmy w na skalny klif. Niesamowita panorama morza , miasteczko i silny wiatr. Można było
odczuć potęgę morza i fal uderzających o skały. Nasza wspomniana nienawiść do ściśniętych
schodów była związana ściśle z powrotem. Mieliśmy wrażenie, że idziemy pod
kątem 90 stopni. Było strasznie duszno co nie sprzyjało wspinaniu się po
schodach ale daliśmy rade. Z wielkimi uśmiechami pobiegliśmy na pociąg. Kolejne
miasteczko to Manarola. Tutaj po wyjściu z pociągu i przejściu przez tunel, w
którym zobaczyliśmy zdjęcie giganta z Monterosso, który chciałam zobaczyć, ale
nie udało się to nam dzień wcześniej. Gigantyczny Neptun powstał w XX wieku ale
zaciekawił mnie, ponieważ miał podtrzymywać muszle, która początkowo spełniała
funkcje parkietu tanecznego. Na zdjęciu robił wrażenie, chociaż jest już mocno
zniszczony. Wracając do naszej wycieczki, gdy wyszliśmy z tunelu skierowaliśmy
się na lewo. Dreptając za grupą ludzi Jan wypatrzył Bartka i Adźkę w
restauracji. Trzeba tu dopowiedzieć, że funkcjonowała niepisana umowa druga
para parzy, w związku z czym zakamuflowaliśmy się w grupie ludzi i poszliśmy
dalej. Nie wiele było do zobaczenia więc znów musieliśmy wymyślić jak przejść
niepostrzeżenie. Powtórzyliśmy trik i wmieszaliśmy się w tłum. Poszliśmy w górę
miejscowości. Okazało się, że pod drogą płynie strumyk i jeszcze można go
zobaczyć mocno się wychylając. Były też maleńkie mostki do domów, było
urokliwie. Szliśmy w górę z głowami zadartymi by podziwiać szaleńczą zabudowę.
Ludzie są niesamowici, że potrafią dostosować się do tak nie przyjaznych
warunków. Co istotniejsze w Cinque Terre potrafili zrobić to tak by współgrać z
zastaną przyrodą. Dotarliśmy do placu z wierzą i kościołem i oczywiście pięknym
widokiem. Kościoły, które odwiedziliśmy w tych miasteczkach były wypełnione
ciszą i spokojem, choć nie były okazałe i bogato zdobione to nie chciało się z
nich wychodzić. Będąc w kościele w Manaroli spotkaliśmy uroczego chłopca, który
zapalał wszystkie świecie, które zgasły, po czym popatrzył na nas zwiadowczo
pomodlił się i jak się potem okazało krył się przed mamą J Zmierzając na pociąg
aby pojechać do następnego miasteczka Jaś znów wypatrzył Adźkę i Bartka – o
zgrozo. Panika w oczach, bo chyba idą w naszą stronę i co tu robić. Wbiegliśmy
w bramę, ale stwierdziliśmy, że nas tu zobaczą więc wyszliśmy wyżej i staliśmy
w drzwiach jakiegoś mieszkańca. Pełni obaw wypatrywaliśmy czy już przeszli obok
nas, ale jakoś czas mijał a oni nas nie mijali, więc Jan pełen obaw zszedł na
dół i zbadał teren. Nikogo nie było, więc poszliśmy na pociąg. Oczywiście
Bartek i Adźka tam byli, ale udało się nam niepostrzeżenie wsiąść do naszego pociągu.
Kolejny przystanek to Corgnilia, tutaj oprócz zwiedzania
chcieliśmy coś zjeść i wysłać pocztówki. Do miasteczka trzeba pokonać ponad 300
schodów, my jednak mieliśmy dość schodów więc pojechaliśmy busikiem do
miasteczka. Przypadło nam ono do gustu. Jest przytulniejsze niż te które
widzieliśmy. Przemierza się maleńkie ulice w środku miasta między sklepikami i
knajpkami. Udało nam się wysłać kartki, zobaczyliśmy jeden z kościołów po czym
ruszyliśmy żeby coś zjeść. Nie mogliśmy się zdecydować ale usiedliśmy w końcu w
jednej z restauracji, gdzie wypatrzyła nas Monia i Mati. Zdecydowaliśmy, że
razem pójdziemy coś zjeść ale ostatecznie się rozdzieliliśmy i umówiliśmy się,
że razem pójdziemy schodami na pociąg. My weszliśmy ostatecznie do pizzerii, w
której nad ladą były fikuśne lampki. To był bardzo dobry wybór. Otrzymaliśmy od
miłego Włocha prawdziwą pizze i uśmiechnięci poszliśmy zobaczyć jeszcze jeden
kościółek i panoramę morza. Na plac, na którym patrzyliśmy na bezgraniczną toń
morza przywędrował kot, który od razu zaczął łasić się do Janka. Potem poszliśmy
na umówione miejsce i razem z Monią i Matim zeszliśmy po schodach na pociąg. Na
stacji w Riomaggiore dołączyli do nas Adźka i Bartek. Pierwsze pytanie jakie im
zadaliśmy to, czy nas widzieli. Powiedzieli, że – NIE - więc zatriumfowaliśmy. Żałujemy tylko, że nie
zobaczyliśmy Vernazzy, ale Monia i Mati opowiedzieli nam co nie co i pokazali
zdjęcia, więc ukoili nasz ból.
Monia i Mati
Z aparatem w ręku i uśmiechem na ustach udałem się z Monią na kolejną wizytę w Cinque terre. Plan był nieco inny niż dzień wcześniej. Ogółem 3 pary miały wybrać 3 różne trasy i tak też się stało. W skrócie: po śniadaniu zapakowaliśmy wszystko do yolobusa i w nawigację wpisaliśmy ulicę znajdującą się blisko dworca w La Spezia, z którego startował pociąg. Niestety trasa wyznaczona przez pana Hołowczyca była jakaś taka nie bardzo w związku z czym zostawiliśmy nasz wehikuł w zupełnie przypadkowym miejscu i udaliśmy się w stronę dworca. W pociągu uzgodniliśmy po pierwsze iż „druga para parzy” przez co rozumieliśmy, że trzymamy się z dala od siebie, a po drugie że spotykamy się jakoś tak około 20 na peronie w La Spezia. Ponadto ustaliliśmy, że jeżeli kogoś nie będzie na dworcu o umówionej godzinie to wraca na piechotę do Polski. Gdzie ja to…. a… aparat, uśmiech, Monia. Każda para wysiadła na innej stacji. My razem z nieliczna grupką ludzi wyskoczyliśmy z pociągu na przedostatniej stacji -Verrnaza i po obraniu ogólnego kierunku „na wodę” przeszliśmy wąską (a przynajmniej wtedy mi się taką wydawała) ulicą główną w stronę zatoczki, po drodze zjadając fast sea foodowe kalmary w cieście, kraby i jakieś kulki.
Om nom nom nom...
Niepokój w naszych sercach zasiała informacja wyświetlona na aparacie głosząca, iż została tylko jedna bateria co oznacza mniej niż 700 zdjęć (a dnia było jeszcze sporo) więc zamiast 30 zdjęć kota, który przechadzał się główną ulicą miasteczka mamy tylko jedno.
Po dotarciu do wybrzeża udaliśmy się na twór przypominający mini molo z czymś w rodzaju tarasu wychodzącego na morze.
Niestety nie byliśmy pewni czy w tej fazie rozwoju jest to jadalne więc wyrzuciliśmy resztki i... no właśnie to coś wliczone w czas potrzebny na przemieszczenie się między wioskami to było wyciąganie tych małych kłujących igiełek, których na początku nie było w ogóle czuć, a które nie dawały na spokoju prawie do końca wędrówki.
Monia dalej walczy z mikroigiełkami...
Po spędzeniu prawie 20 minut na wyciąganiu tego plugastwa i po małym kryzysie przed połową drogi dotarliśmy do ciekawego punktu. Na murach jednego z domów znajdującego się przy trasie, ktoś umieścił tablicę informacyjną. Umieszczono na niej alarmowe numery telefonów; informację, że jesteśmy już w połowie drogi i liścik, który głosił, że jeśli zielone drzwi po prawej są otwarte, każdy jest mile widziany. Może wejść do domu i napełnić sobie butelkę wodą w razie potrzeby.
Pokrzepieni tym aktem dobroci dla wszelkich strudzonych wędrowców docieramy do Cornigli. Od razu rozpoczęliśmy zwiedzanie, ale nie było tego za wiele więc zaczęliśmy szukać miejsca, w którym mogliśmy coś zjeść i tak trafiliśmy na Agę i Jasia którzy również wpadli na podobny pomysł. Z okrzykiem „druga para parzy” koniec końców ustaliliśmy że nie jemy razem. Całkiem przyjemny obiadek z winem zakończył się w tak nietypowej chwili, że do następnego pociągu mieliśmy mnóstwo czasu. Ponownie spotkaliśmy Agę i Jasia i razem udaliśmy się na stację kolejki (przemierzając jakieś milion schodów!!!). Zajęliśmy miejsca w pociągu, i na kolejnej stacji dosiedli Aga i Bartek i razem zakończyliśmy Cinque terrański wypad w Mc Donaldzie gdzie Moni udało się odblokować tablet. Szybki upload ważnych rzeczy i droga do busa, następnie na naszą ulubioną stację z autogrilem i prysznicem.
Vernazza
Na szlaku
Corniglia
Adzia & Bartek
Postanowiliśmy rozpocząć zwiedzanie od Manaroli, zatem wysiedliśmy z pociągu na drugim przystanku żegnając się z resztą ekipy i życząc wszystkim udanego dnia. Mieliśmy podczas naszego zwiedzania bardzo ważne zadanie dodatkowe- znaleźć kawałek internetu i wrzucić zaległe posty na naszego bloga. W tym celu został nam powierzony cenny mini laptop Moni i Matiego. Ponieważ uznaliśmy to za rzecz nie cierpiącą zwłoki, spróbowaliśmy to zrobić zaraz po wyjściu z pociągu, na peronie, obok punktu z informacją (ponieważ tutaj, zgodnie z tabliczkami można było upolować internet). Nie wzięliśmy pod uwagę, że nie ogarniemy zabezpieczeń laptopa: po nieudanym mazianiu palcem po obrazku, który był hasłem rysunkowym, próbowaliśmy wpisać hasło podane nam przez Matiego- nic z tego. Nieco sfrustrowani ruszyliśmy zatem zwiedzać Manarolę.
Po zrobieniu sobie pamiątkowych zdjęć wróciliśmy do miasteczka, żeby jeszcze trochę pomyszkować w jej wąskich, bardzo stromych i składających się niemal z samych schodów uliczkach. Nieźle wykończeni chodzeniem prawie wyłącznie pod górę wróciliśmy na główny deptak, gdzie kupiliśmy pocztówki i skuszeni niesamowitymi zapachami unoszącymi się z jednej z restauracji usiedliśmy w nadziei na zjedzenie czegoś pysznego. Nie zawiedliśmy się- spaghetti z mulami i makaron z łososiem, szpinakiem i kozim serem były wyborne. Zachwyciło nas tu też wino domowej roboty- pycha! Podczas obiadu znów próbowaliśmy jakoś ogarnąć laptopa, aby w końcu wrzucić cokolwiek na bloga. Wciąż się nie udawało, a nawet w pewnym momencie zablokowaliśmy go całkowicie. To naprawdę zepsuło nam humory, więc reszta dnia przebiegła w cieniu naszego niepowodzenia. Wypisaliśmy również pocztówki dla rodziny i po jedzeniu udaliśmy się na poszukiwanie znaczka oraz skrzynki pocztowej. Skrzynka oczywiście była. Znaczka już nie dało się odnaleźć, ponieważ jak się okazało po pytaniu w każdym sklepiku w Manaroli, punkt pocztowy był czynny jedynie do 14:00. Tak więc radzono nam, żebyśmy przyszli jutro o 10:00. Fantastycznie, tylko jutro o 10:00 będziemy już zupełnie gdzie indziej.
Ponieważ zrobiło się już dość późno, a w punkcie zbiórki w La Spezia umówieni byliśmy na 20:00, postanowiliśmy przejechać pociągiem do sąsiedniej miejscowości Riomaggiore. Początkowo chcieliśmy tą drogę pokonać pieszo, ale rozleniwieni obiadem i ze świadomością, że zostało nam niewiele czasu zdecydowaliśmy się wrócić na peron. Tutaj czekało nas kolejne rozczarowanie. Pociąg się spóźniał, w związku z czym z 10 minut czekania zrobiła się niemal godzina. Doszliśmy do wniosku, że mogliśmy jednak iść pieszo, zajęłoby to tyle samo czasu, a coś byśmy jeszcze zobaczyli. Trudno, nie dało się tego przewidzieć. Pociąg w końcu nadjechał i zabrał nas do celu.
Na szczęście przygoda z laptopem zakończyła się szczęśliwie i nie zepsuliśmy go, tylko cały czas wpisywaliśmy złe hasło, ponieważ jak się okazało nawet Mati nie znał dobrego. Jedyną osobą dysponującą ta tajemną wiedzą okazała się Monia, która odblokowała sprzęt i mogliśmy wrzucić w końcu zaległe przedwczorajsze notki.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz