niedziela, 31 sierpnia 2014

Cinque Terre day 1


Po kolejnej spokojnie spędzonej nocy w naszej sześcioosobowej sypialni przyszedł czas na nowy, piękny dzień. Z samego rana tradycyjnie wywlekliśmy z tripowozu wszelkie torby, skrzynki z jedzeniem i lodówkę. Śniadanko przebiega nam w radosnej atmosferze, ponieważ dziś mamy odwiedzić kompleks pięciu włoskich miasteczek położonych nad morzem zwanych Cinque terre. A bliskość jakiegokolwiek miasteczka z morzem i piękna pogoda może się równać tylko jednemu – plażing J. W tempie zawrotnie szybkim jak na nasze możliwości zebraliśmy się i posprzątaliśmy po śniadaniu. Już po niespełna godzinie wszyscy stali niemal na baczność zaopatrzeni w stroje kąpielowe, ręczniki, kremy do opalania i kocyk (tak jeden na naszą szóstkę J) gotowi do wymarszu. Z informacji jakie wcześniej pozyskali Jasiu z Agą powinniśmy dostać się koleją do centrum La Spezia, tam nabyć bilet do Cinque terre i pociągiem udać się do miasteczek. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Pierwszy maleńki problem pojawił się z samym opuszczeniem stacji. Przecież jesteśmy na autostradzie… Tu nie ma chodniczków, kładek, etc. Doszliśmy jednak do wniosku, że Włosi kodeks drogowy traktują bardziej jako zbiór sugestii, a nie nakazów i zakazów dlatego postanowiliśmy wziąć z nich przykład i darliśmy na piechotę drogą dojazdową z ronda do Autogrilla… pod prąd :D. Przy rondzie ustalamy kierunek, który powinien doprowadzić nas do stacji kolejowej i żwawo ruszamy przed siebie. Po kilku chwilach zaczynamy jednak wątpić w poprawność naszego osądu. Kilka razy pytamy się o drogę, aż w końcu uśredniamy zdobyte informacje. Stacja kolejowa w tym miejscu okazała się być od jakiegoś czasu nieczynna. Poinformowano nas jednak, że możemy dostać się do centrum La Spezia autobusem, który ma niedaleko przystanek, a bilety zdobędziemy w pobliskim sklepiku. Cała przyjemność kosztowała nas 9 euro za 6 biletów. Autobus troszkę się spóźnił, ale w końcu przyjechał i zabrał nas do celu. Podczas jazdy dotarło do nas, że nie do końca wiemy jak wrócić na ten przystanek, z którego wyruszyliśmy. Na szczęście Jasiu zmyślnie zrobił zdjęcie nazwy przystanku przed załadowaniem się do autobusu, a Monia zaraz po jego opuszczeniu pobiegła sprawdzić numer linii. Numeru nie było, ale za to była literka „P”- to już zawsze coś. Optymistycznie stwierdziliśmy, że jakoś to będzie i ruszyliśmy w poszukiwaniu kolei. Nie zajęło nam to długo. Na stacji zakupiliśmy 6 biletów do Cinque Terre, które są ważne 2 dni. Bardzo miła Pani oprócz biletów wręczyła nam mapkę całego terenu i rozkłady jazdy pociągów. Warto wspomnieć, że bilety upoważniają posiadacza do przejazdu liniami kolejowymi między La Spezia-Levanto (między, którymi znajdują się miasteczka Cinque terre) nieograniczoną ilość razy. Można również korzystać dzięki nim z rozwiniętej sieci linii busików pomiędzy miejscowościami, szlakami i zabytkami, a także bezpłatnie wejść na specjalne trasy wyznaczone między miejscowościami.
 
 
Jednak wracajmy na dworzec. Po otrzymaniu wszelkich niezbędnych informacji łącznie z godziną odjazdu (13:03) udajemy się na peron. Mimo, że nadaliśmy naszym stópkom maksymalne tempo, na peronie pomachaliśmy zgrabnemu tyłowi pociągu. Na szczęście odjazd następnego okazał się zaskakująco szybko, więc znowu biegiem na inny peron. Nie będę Was trzymać więcej w tej okrutnej niepewności i zdradzę, że zdążyliśmy tym razem. Tego dnia jednak bieganie na pociąg, w którąkolwiek stronę okazało się normą J. Ostatnie miasteczko – Monterosso –to nasz cel, który osiągamy po niespełna 20 minutach. Warto nadmienić, że trasa kolejowa do pięciu miasteczek przebiega tunelami. Przed każdą stacją pociąg zaledwie na chwilę opuszcza egipskie ciemności ukazując skaliste wybrzeże i bezkresny błękit, aby za chwilę znowu okryć wszystko smołą mroku.
 
 
Plaża w Monterosso znajduję się zaraz przy stacji, dlatego od razu po opuszczeniu pociągu organizujemy grupę poszukiwawczą miejscówki. Miejsce na płatnej plaży (parasol + dwa leżaki) kosztuje 17 euro za pół dnia. Hmm… dziękujemy, postoimy. Na szczęście kawałek dalej jest plaża bezpłatna, na której udaje nam się znaleźć bardzo dogodne miejsce. Chłopcy zabierają się za budowanie wałów przeciwpowodziowych, a dziewczęta, jak zresztą przystało, leżą i pachną. Podmyło nas tylko trzy razy i to bardzo niegroźnie J. Woda jest cudowna, fale miotają nami od czasu do czasu, to tu to tam, słońce praży, wiaterek wieje, a przed nami nieskończony słony raj.
 
 
 Tylko Mati pochlipywał od czasu do czasu wspominając że nie wziął płetewek. Powoli cienie zaczynają się wydłużać, słońce coraz bardziej lgnie ku horyzontowi, a plaża zaczyna roić się od domorosłych modelek, których status możemy rozszyfrować po ilości ludzi w ekipie fotografującej (0-nowicjusz, 1- szycha).
 
Decydujemy, że na nas już nadszedł czas. Powoli zwijamy mandżur, żeby wyruszyć jeszcze na małe zwiedzanie. Aga z Jasiem dzielą się z nami informacją, że właśnie w Monterosso jest ogromny betonowy posąg, który niegdyś trzymał w swych rękach coś na kształt wielkiej morskiej muszli. Z tego co udało się nam dowiedzieć, muszla ta służyła za parkiet mieszkańcom podczas potańcówek. Giganta nie udaje się nam znaleźć za ro trafiamy na … cmentarz. Nie byle jaki cmentarz. Ciągnie się on od małego kościółka, krętymi wąskimi uliczkami i stromymi schodkami po sam szczyt. Podejście jest bardzo męczące. Zastanawiamy się jak mieszkańcy wynoszą tutaj trumny? Na końcu tułaczki ukazuje się nam widok przepiękny. Przez jakiś czas podziwiamy okolicę w ciszy, aby ostatecznie pozostawić krajobraz oczom na zawsze zamkniętym.




 
Zejście zdecydowanie należy do tych łatwiejszych i szybko ruszamy w stronę pociągu. Wbiegamy do wagonu w ostatniej chwili i ruszamy do centrum La Spezia. Na miejscu musimy tylko mocno się skoncentrować co, gdzie i jak? Wracamy na przystanek w międzyczasie minimalnie go gubiąc. Trawieni lekką niepewnością, musimy wyglądać na bardzo zagubionych mimo, że przystanek już znaleźliśmy, ponieważ jeden starszy Pan postanawia nam pomóc. Zatrzymuje nawet dla nas inny autobus i pyta kierowcy czy na pewno z tego przystanku dostaniemy się do „domu”. Tak, dostaniemy się. Bardzo ładnie dziękujemy, a Pan powraca do spaceru z pieskiem. W drodze powrotnej wlepieni w szybę szukamy charakterystycznych punktów żeby nie minąć przystanku. Kolejny mały sukces!!! Wysiadamy tam gdzie trzeba i zahaczamy jeszcze o sklep. Wieczór mija nam spokojnie i radośnie przy buteleczce wina.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz