Tak z grubsza wyglądała nasza historia:
Zgodnie z planem wyruszyliśmy o 21:30 w dniu 14 sierpnia. Kraków opuściliśmy
około 23:00 po paru krótkich ( = P) przystankach. Dramaty na początku przeżyli: Jasiu (brak patelni), Mati (brak
materaca), wszyscy (brak plandeki).
O 1:08 poczuliśmy smród palonego chińskiego
plastiku (Bartek: „Tato przepraszam. Zepsułem Ci Twoją super świecącą wtyczkę... ). Stopiła się przedłużka, do której
podpięta była lodówka. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że to zły omen zwiastujący
nadchodzące problemy…
Ok. godz. 2:30 na drodze ekspresowej w Czechach między Ostravą, a
Brnem auto zakrztusiło się i umarło. Trochę spanikowani zepchnęliśmy samochód
na pobocze i rozpoczęliśmy oględziny. Po dodatkowych konsultacjach telefonicznych z Tatą
Bartka uznaliśmy, że winowajcą jest rozrusznik. Zabraliśmy się zatem za pchanie
tripowozu w stronę najbliższej miejscowości, którą okazał się oddalony o ok. 2
km Lipnik nad Becvou. Podczas tej operacji mieliśmy nawet spory ubaw: wszyscy
ubrani w gustowne odblaskowe kamizelki i podzieleni na role. Chłopakom
przypadła rola siły pchającej, Adze rola kierowcy, Moni rola trójkąta i
sygnalizatora, a Adzi rola oświetleniowca pobocza (ponieważ musicie wiedzieć,
iż większość drogi pchaliśmy samochód tyłem, a potem nawet pod górę = ) ). Po jakimś czasie, który wydawał
nam się wiecznością dotarliśmy pod Lipnik (ok. godziny 5 rano).
Po udanym dopchaniu samochodu w bezpieczne miejsce.
Po wschodzie słońca.
Adzia z Bartkiem poszli na zwiad, a reszta rozbiła obozowisko = )
Po misji zwiadowczej okazało się, że los nam sprzyja i jakieś
200 metrów dalej jest złom, przetwórnia
metalu, a przy okazji jakaś mechanika pojazdów. Stanęliśmy jak te sierotki z naszym tripowozem pod bramą z
minami niczym zbite szczenięta. Po rozmowie (polsko-czeskiej) z pierwszą napotkaną osobą (naszym późniejszym
wybawcą – Panem Stanislavem), udało się ustalić, że samochód trzeba wprowadzić
na warsztat oraz, że na pewno nie posiada u siebie takiego typu rozrusznika,
który pasowałby do naszego auta. Należy zaznaczyć, że całe jedno pomieszczenie
w jego zakładzie było wypełnione samymi rozrusznikami.
Jak ustaliliśmy, tak zrobiliśmy. Tripowóz został
zaprowadzony na warsztat, a my mogliśmy się rozejrzeć po całym zakładzie, który
zrobił na nas ogromne wrażenie.
Dziewczyny po prostu musiały zrobić sobie zdjęcie z tym jakże ciekawym elementem na złomowisku.
Okolica = D
Mechanik wstępnie ogląda samochód.
Pan Stanislav w swoim pojeździe = )
Chłopaki zostały przy samochodzie, a dziewczynami
zaopiekował się jeden z pracowników, którego ochrzciliśmy Kudłaczem. Jego
wygląd był tak niesamowity, że trzeba by go zobaczyć, żeby uwierzyć = D. Najbardziej
w oczy rzucała się burza włosów, które na czubku głowy ostro się przerzedzały i
w porywach dwa zęby, które często pokazywał w szerokim uśmiechu. Bardzo
żałujemy, że nie zrobiliśmy mu żadnego zdjęcia. Był bardzo rozmowny i mimo, że
rozumieliśmy co dziesiąte słowo dowiedzieliśmy się, że lubi Polaków, bo jego
matka pochodzi z Krościenka, jego ojciec jest Węgrem, a dziadek Hindusem. Powtarzając,
żebyśmy się nie martwiły o samochód, bo na pewno go naprawią, zaprowadził nas
do zakładowego „socjala”, żebyśmy sobie wygodnie usiadły i poczekały. Socjal
również przerósł nasze najśmielsze wyobrażenia J.
Po prostu socjal :D
Czekamy na wieści co z naszym autkiem.
Pan Stanislav postawił pół Lipnika na nogi aby znaleźć dla
nas rozrusznik. Niestety okazało się, że w tym mieście nie ma takiego, który by
pasował do naszego samochodu. W związku z tym wysłał jednego ze swoich
pracowników (jedynego, który wyglądał w tym zakładzie normalnie) razem z
Bartkiem do oddalonego o 15 km miasteczka, w którym jeden z jego znajomych mógł
posiadać lub załatwić nam brakującą część. Na miejscu okazało się jednak, że i
tam nie ma rozrusznika ale 30 km dalej jest część, która może przywrócić
rozrusznik do życia. Oczywiście co zrobił Pan Stanislav? Przekonał wspomnianego
znajomego, żeby pojechał nam po tą część. No przecież normalka.
W czasie gdy Bartek był na misji zdobycia rozrusznika lub
jego części reszta ekipy popijała sobie kawkę/herbatkę przy ciasteczku w
ogrodzie razem z naszym gospodarzem i jego przesympatycznym dalmatyńczykiem –
Noxem. Cały surrealizm sytuacji zaczynał do nas powoli docierać. Zaczęliśmy
nawet zastanawiać się czy przypadkiem nie mieliśmy jakiegoś poważnego wypadku i nie leżymy teraz wszyscy pod narkozą mając zbiorową halucynację.
Po pewnym czasie dotarła do nas informacja, że niestety część do rozrusznika będzie u nas nazajutrz rano.
Musieliśmy znaleźć jakiś nocleg. Co zrobił Pan Stanislav? Przyniósł nam swój namiot, zaproponował nam osłonięty leżak w ogrodzie bo to przecież oczywiste, że nocujemy
u niego. Podziękowaliśmy jednak za propozycje i ustaliliśmy, że noc spędzimy
w samochodzie w warsztacie. Lepszego hotelu nie mogliśmy sobie wymarzyć.
Ciepło, sucho do dyspozycji prysznice i kuchnia (normalna, nie w stylu socjala =P).
Po powrocie Bartka zdecydowaliśmy, że możnaby zwiedzić miasto do którego tak brutalnie rzucił nas los. Pan Stanislav udzielił nam
informacji co warto zwiedzić i zaprosił nas wieczorem na grilla.
Lipnik okazał się bardzo pięknym miejscem, ze starym
kościółkiem (z wieżą rodem z Assassin`s Creed), ładnym ryneczkiem, zadbanymi,
czystymi kamienicami i mnóstwem rzeźb z metalu rozsianych po całym miasteczku. Dodatkowo,
w pobliżu miasta położony jest zamek Helfstyn- jeden z największych grodów w Czechach. Niestety nadchodząca burza zniweczyła nasze plany zwiedzenia go. Zjedliśmy za to bardzo smaczny obiad na rynku i postanowiliśmy wrócić do naszego tymczasowego domu w celu przespania się (jako, że nie spaliśmy przez całą noc).
Zwiedzanie Lipnika. Wszyscy w doskonałych humorach mimo ciężkich przeżyć tej nocy.
Wieża kościoła w całej okazałości.
Za kościołem znaleźliśmy ogród z różnego rodzaju rzeźbami.
Aga ze ślimakiem Stefanem w paszczy morskiego potwora.
Znaleźliśmy nawet chińczyka!
Na rynku w Lipniku.
Jedyne graffiti, które znaleźliśmy w całym miasteczku.
Stefan pozuje.
Kot, który zainstalował się na wystawie :)
Wróciliśmy do samochodu odpocząć choć parę godzin.
Wieczorem odbył się zaplanowany grill, którego z powodu
burzy musieliśmy później przenieść do domu. Wtedy właśnie Pan Stanislav opowiedział nam, pokazując mapy i gazety, że od 2005 roku bierze udział w raidach Dakar
jako szef zespołu mechaników (czy jakoś tak :P). Przy okazji zwiedził kawał świata, poza Afryką i Ameryką Południową jeździł po całej Europie. Wtedy właśnie wszyscy stwierdziliśmy, że nic już nas nie zdziwi na naszej wyprawie... Do dziś zastanawiamy się jakie musieliśmy mieć szczęście w naszym całym pechu, że trafiliśmy akurat na Niego.
Nox chce aktywnie uczestniczyć w przygotowaniach do grilla.
Pod nieobecność swojego pana Nox z dumą zajmuje jego miejsce.
Następnego dnia rano okazało się, że część na którą czekaliśmy dotarła i mechanik może zacząć ją montować. Po zjedzeniu pysznego śniadania udaliśmy się do warsztatu, aby być świadkami ożywienia naszego samochodu.
Niestety nasza przygoda nie skończyła się szczęśliwie, tak jak na to wszyscy mocno liczyliśmy. Auto odpaliło, ale od razu widać było, że to nie rozrusznik stanowił nasz największy problem. Silnik łomotał, gasł, palił olej. Na dodatek w pewnym momencie rozszczelnił się i trysnął olejem na wszystkie strony. To była chwila załamania dla wszystkich. Zdaliśmy sobie sprawę, że nigdzie już nie pojedziemy i naszym największym problemem stało się przetransportowanie samochodu do Polski. Pan Stanislav wyglądał na załamanego równie mocno jak my. Próbował jeszcze walczyć i zrobić z naszym silnikiem cokolwiek, ale niestety na niewiele już się to zdało. Wtedy zaproponował nam coś, co zupełnie zbiło nas z nóg. Pokazał nam swój samochód dostawczy i powiedział coś mniej więcej takiego: " Wy jedźcie do Włoch, Francji tym samochodem, a ja naprawię wasze auto w tym czasie." To było dla nas już zbyt wiele. Podziękowaliśmy serdecznie, ale nie mogliśmy się zgodzić na tą propozycję. Poprosiliśmy jedynie, czy nie moglibyśmy pożyczyć jego samochodu, aby zaholować nasz do Krakowa. Nie widział w tym żadnego problemu. Dodatkowo powiedział, że postara się nam załatwić zlecenie przewozu jakiegoś towaru z Krakowa, żebyśmy wracając do Czech jego autem nie robili pustego kursu.
(Adzia) Jego zwiedziony wyraz twarzy, kiedy przyszliśmy Mu powiedzieć, że wracamy do Polski i słowa, które tak smutno powiedział "To nie będzie Włochy, Francja...?" były naprawdę rozbrajające. Dodatkowo przy grillu, kiedy jeszcze byliśmy wszyscy w doskonałych nastrojach i myśleliśmy, że wszystko dobrze się skończy obiecaliśmy, że będziemy Mu wysyłać zdjęcia z miejsc, które odwiedzimy. Zdanie sobie sprawy, że to wszystko nie będzie miało miejsca... "to jak szpetny film" powiedział Pan Stanislav.
Przygnębieni wróciliśmy do Polski holując nasz martwy tripowóz. Postanowiliśmy się jednak nie poddawać i od razu zabraliśmy się za szukanie nowego silnika, uznając, że nasza przygoda nie może się tak beznadziejnie skończyć.
Nie skończy się w ten sposób na pewno. We wtorek znaleźliśmy silnik. Bartek z zaprzyjaźnionym mechanikiem Arturem udali się po niego aż do Mielca za Tarnowem. Reszta ekipy pojechała zwrócić Panu Stanislavowi samochód. Tak jak obiecał, załatwił nam zlecenie, w związku z czym jechaliśmy do Czech z rolkami miedzi i mosiądzu ważącymi półtora tony :P. Ucieszył się na nasz widok (w końcu jaką miał pewność, że odzyska samochód?) i pytał o wszystko. Wyjaśniliśmy, że mamy zamiar naprawić auto i pojechać na wakacje choćby nie wiem co oraz, że na pewno dostanie od nas jeszcze mnóstwo kartek z różnych miejsc. Pytaliśmy po raz setny ile jesteśmy mu dłużni za wszystko co zrobił, ale nie chciał od nas pieniędzy. Dostarczyliśmy Mu towar i wystarczy, jesteśmy kwita.
W biurze Pana Stanislava po powrocie do Czech.
Dziś, po dwóch dniach bardzo ciężkiej arturowej pracy z silnikiem, wiemy, że nasze auto powstało z martwych. Właśnie czekamy na jego odbiór. I wiecie co? Mamy zamiar ruszyć nim w trasę. Krótszą oczywiście, bo mamy o wiele mniej czasu i pieniędzy, ale gdzieś na pewno jeszcze uda nam się dojechać.
Artur ciężko pracuje nad silnikiem. O 22:00 we wtorek przyjeżdżamy z Czech i odwiedzamy Go w warsztacie. Po lewej stronie nowy silnik, po prawej częściowo rozebrany stary.
Oto, co było w naszym silniku. Szczątki tłoka. Totalna masakra.
W naszą wyprawę zaangażowało się tak wiele osób, tyle ludzi bardzo ciężko pracowało i włożyło mnóstwo serca, żeby nam się udało. Na pierwszych miejscach oczywiście należy wymienić Tatę Bartka, Pana Stanislava i Artura, który wskrzesił nam samochód :). Dlatego właśnie to nie może się skończyć jak "szpetny film"!
Razem z Panem Stanislavem i z Noxem przed firmą. W tle samochód, który właśnie Mu zwróciliśmy :)
















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz