wtorek, 26 sierpnia 2014

Gril !

Drogi pamiętniczku… to już 3 dzień naszej tułaczki, inni mówią że 2, w sumie to nikt już nic nie wie …
Teraz poważnie, nasz nocleg pod zakładem wskrzeszania pojazdów mechanicznych tak nas pochłonął że nie zareagowaliśmy na żaden z 3 ustawionych budzików. Gdy już się przebudziliśmy o około 9:30, opowiadaliśmy sobie legendy o tym ile to budzików kto słyszał oraz ile z nich tak naprawdę było ustawionych. Tak właśnie ubarwialiśmy sobie czas w trakcie wykonywania naszych porannych czynności czyli: gotowania zupek chińskich , kawy oraz herbatki z proszku. Musicie wiedzieć, że podczas naszego „śniadania” zamieniamy plac pod busikiem w mały stragan z ubraniami, torbami i sporą ilością rzeczy z gatunku kuchennych. W takim właśnie grajdołku zastał nas właściciel zakładu mechaniki samochodowej za którym spaliśmy. Niewiele w sumie zrobił, wyglądał jakby speszył się tym, że śmiał przerwać nam nasze śniadanie i oddalił się tak szybko, że nie zdołał nas w zasadzie wybić z rytmu. Zebraliśmy grajdołek i o 11:30 – teraz wiecie jakie mamy tempo. W stronę Monteriggioni prowadził nas jak zwykle „Hołek”. Nie ujechaliśmy daleko, gdy naszym oczom ukazała się galeria handlowa, na której ktoś wypatrzył logo coop&coop czyli sklepów spożywczych znanych nam już jako „kupkup”.
            W zasadzie nie pamiętam już co było naszą główną motywacją by odwiedzić tą galerię: czy była to chęć dorwania się do Internetu, czy raczej desperacka potrzeba zakupów w „kupkup”. Galeria jaka była każdy wie i widzi .. jedno mogło tam zaciekawić polskiego widza, mianowicie strefa „gastronomiczna” w której była na stałe zbudowana scena – zasłonięta niebieska kurtyną. Wyglądało na to że we Włoszech w galeriach musi istnieć trochę większa potrzeba bliskości kultury niż w polskich, gdzie wystarczy puścić „bit”. Jedno jeszcze było ciekawe - w każdej restauracji muzyka jest inna…
            Dość o galerii, my się pytamy gdzie jest Internet?!  Wśród wszechobecnych nazw wifi żadna nie pozwala na skorzystanie z darmowego Internetu. To właśnie w tej galerii dowiedzieliśmy się, że nazwa „free wifi” oznacza we Włoszech coś zupełnie innego niż w Polsce. Każda otwarta sieć wifi po podłączeniu i tak odmawiała połączenia. Byliśmy już trochę zirytowani gdy doczołgaliśmy się Macka. Przecież w Maku musi być darmowy net – mówiliśmy sobie. Rzeczywistość trochę nas sponiewierała. Internet w maku był, ale też wymagał zalogowania. Jedyne co się pojawiało po podłączeniu to strona logowania, no ale nie zniechęciliśmy się próbowaliśmy się zalogować i uzyskać dostęp. Tu pojawił się problem czyli pole „nr. tel” które przyjmowało tylko numery z kodem kraju z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Czech, Włoszech i Francji, tylko tych – Polska jest passe.  To doprowadziło nas do momentu, w którym padło hasło: „kupmy sobie kartę sim z Włoch”. Więc zanurkowaliśmy z Aga po galeryjnych sklepikach w poszukiwaniu punktów sprzedaży lokalnych operatorów. Tu dowiedzieliśmy się, że we Włoszech nie ma telefonów na kartę L każdy sim jest objęty umową, wprawdzie 3-miesieczną ale zawsze. Totalna inwigilacja – stwierdziliśmy i próbowaliśmy dalej z netem z Maka. Wspomniałem już, że trzeba było się zarejestrować na stronie Maka. Były tam dwie opcje „rejestracja telefonem” oraz „rejestracja kartą kredytową”. Chodź druga opcja średnio się nam kojarzyła z „darmowością” to spróbowaliśmy. Efekt był taki, że nie dość iż Mati musiał podać dane swojej prywatnej karty kredytowej oraz wydać 0,01 euro, to i tak musieliśmy wymyślić jakikolwiek numer telefonu komórkowego. Udało się! Od tej chwili mamy we włoskich macach Internet, a jakaś Bogu ducha winna osoba dostała SMS z podziękowaniem za zalogowanie się w McDonald’s J.
Jeszcze dla sprostowania „free wifi” we Włoszech oznacza, że w lokalu jest wifi i jak się natrudzisz i wypytasz około 4 ludzi to możesz uzyskać do niego dostęp – nie wspomnę, że trzeba się w tym lokalu wykosztować na jedzenie.
Po przygodzie z netem           Monia i Aga udały się na zakupy spożywcze, a reszta pozwiedzała galerię. Bartek z Matim mieli wielką chrapkę na t-shirty za 1euro.  Niestety, jak zwykle plakat kłamał i nie dość, że nie było t-shirtów tylko koszule, to jeszcze po 1.99 euro.
Mieliśmy już chleb, wodę i nie mieliśmy t-shirtów. Wyszliśmy z galerii. Nad parkingiem zbierały się już ciemne chmury. Nim dotarliśmy do busa już lało, a to co się działo jak jechaliśmy - już nie wiem do końca jak nazwać. Deszcz lał, tworząc nieprzeniknioną szarą ścianę. Po jakiś 5 minutach uświadomiliśmy sobie, że przecież w torbie nad szoferką są nasze kołdry. Strugi deszczu za oknami mówiły głośno i wyraźnie „wasza torba na bank nie jest wodoszczelna”. W sumie też nie byliśmy już tego tacy pewni. Zatrzymaliśmy się na pierwszej lepszej stacji benzynowej z dachem i tam już zarówno deszcz jak i my byliśmy pewni, że torba wodoszczelna nie jest. Nie było tragedii, ale zamokło nam troszkę rzeczy.
Po przepakowaniu znów byliśmy na trasie. W busie nastąpiła lekka zmiana. Pojawił się nam na stole obrusik z kołdry Agi i Bartka, która suszyła się nad ciepełkiem unoszącym się z lodówki. Jechaliśmy długo oglądając zmiany pogody i wypatrując słoneczka. Przejeżdżaliśmy sporo tuneli, które nas szybko transportowały na drugą stronę gór. Powstało hasło „Za górą będzie słonecznie”. Parę razy to się sprawdziło, ale kwintesencją przejazdu przez górę był moment, w którym ze słonecznej pogody wjechaliśmy w tunel, na końcu którego zderzyliśmy się ze ścianą wody. To przyprawiło kierującego Bartka o lekki zawał, ale jazda trwała dalej. W końcu musieliśmy zatankować, a mieliśmy niebywałe szczęście do stacji samoobsługowych, które nie lubią naszych kart kredytowych, w ogóle chyba nas nie lubią. Jak tak męczyliśmy się z automatem, zaczął się na nas wydzierać pewien Włoch, w sumie do teraz nie wiem czy chciał nas ochrzanić, czy chciał nam pomóc. Po tej sytuacji mieliśmy w baku o 49,85 euro paliwa więcej  - wsadziliśmy 50 euro do automatu – dlaczego automat nie pozwolił nam wlać całości tej kwoty nie wiem, nie powiedział nam. Prawdopodobnie po to, byśmy się nie załamali całą ta sytuacją na niebie pojawiła się tęcza, piękna kompletna tęcza.
Gdzieś na trasie pojawił się pomysł na grilla! A jak grill, to trzeba zrobić zakupy, bo oczywiście w „kupkup” kupiliśmy tylko to, co nam było niezwykle potrzebne. Wymyśliliśmy, że trzeba po raz pierwszy nawiedzić Lidla. Po kilku próbach wyszukiwania znaleźliśmy adres interesującego nas sklepu w miejscowości o śmiesznej nazwie „Poggibonsi”. Tabliczka na wjeździe do tego miasteczka miała poprawioną wersje nazwy, mianowicie: „Ultra Poggibonsi”, ultra dopisał prawdopodobnie jakiś rdzenny mieszkaniec lub zachwycony turysta.
Lidl nie pomagał się odnaleźć, nigdzie nie było żadnej tabliczki, że w tym mieście jest  w ogóle jakikolwiek Lidl. Twardo trzymaliśmy się wskazówek Hołowczyca, licząc na to, że za kolejnym zakrętem coś już się pojawi. Gdy byliśmy już 100 metrów od celu, nawigacja kazała skręcić nam do czegoś,  co wyglądało jak czyjaś działka. Wjechaliśmy, a co! Okazało się że na tym „podwórku” faktycznie jest Lidl, a podwórko jest Lidla, a wszystkie szyldy Lidla są, tylko za płotem.
Nakupiliśmy wszystek dóbr i byliśmy już z powrotem na trasie J
W końcu dotarliśmy do Monteriggioni, widzieliśmy już z daleka jego mury, ale teraz ważny był tylko grill! Na ogromnym parkingu pod Monteriggioni znaleźliśmy sobie odpowiednie oświetlone latarenką miejsce i rozstawiliśmy nasz mini stragan. Czuliśmy na sobie wzrok innych użytkowników parkingu. Nie przejmowaliśmy się tym zbytnio, grillowanko wyszło nam perfekcyjnie. Więcej może powiedzą zdjęcia. Dodam jeszcze, że jak to Polacy korzystaliśmy z wszechobecnych krzaków jako toalety. Jakże byliśmy zniesmaczeni, kiedy się okazało, że 50 metrów od nas jest darmowe świetnie wyposażone wc.
Wycieńczeni drogą, nasyceni grillem poszliśmy w końcu spać.










 [ms1]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz