Drogi
pamiętniczku… to już 3 dzień naszej tułaczki, inni mówią że 2, w sumie to nikt
już nic nie wie …
Teraz
poważnie, nasz nocleg pod zakładem wskrzeszania pojazdów mechanicznych tak nas
pochłonął że nie zareagowaliśmy na żaden z 3 ustawionych budzików. Gdy już się
przebudziliśmy o około 9:30, opowiadaliśmy sobie legendy o tym ile to budzików
kto słyszał oraz ile z nich tak naprawdę było ustawionych. Tak właśnie
ubarwialiśmy sobie czas w trakcie wykonywania naszych porannych czynności czyli:
gotowania zupek chińskich , kawy oraz herbatki z proszku. Musicie wiedzieć, że
podczas naszego „śniadania” zamieniamy plac pod busikiem w mały stragan z
ubraniami, torbami i sporą ilością rzeczy z gatunku kuchennych. W takim właśnie
grajdołku zastał nas właściciel zakładu mechaniki samochodowej za którym
spaliśmy. Niewiele w sumie zrobił, wyglądał jakby speszył się tym, że śmiał
przerwać nam nasze śniadanie i oddalił się tak szybko, że nie zdołał nas w
zasadzie wybić z rytmu. Zebraliśmy grajdołek i o 11:30 – teraz wiecie jakie
mamy tempo. W stronę Monteriggioni prowadził nas jak zwykle „Hołek”. Nie
ujechaliśmy daleko, gdy naszym oczom ukazała się galeria handlowa, na której
ktoś wypatrzył logo coop&coop czyli sklepów spożywczych znanych nam już
jako „kupkup”.
W zasadzie nie pamiętam już co było
naszą główną motywacją by odwiedzić tą galerię: czy była to chęć dorwania się
do Internetu, czy raczej desperacka potrzeba zakupów w „kupkup”. Galeria jaka
była każdy wie i widzi .. jedno mogło tam zaciekawić polskiego widza,
mianowicie strefa „gastronomiczna” w której była na stałe zbudowana scena –
zasłonięta niebieska kurtyną. Wyglądało na to że we Włoszech w galeriach musi
istnieć trochę większa potrzeba bliskości kultury niż w polskich, gdzie
wystarczy puścić „bit”. Jedno jeszcze było ciekawe - w każdej restauracji
muzyka jest inna…
Dość o galerii, my się pytamy gdzie
jest Internet?! Wśród wszechobecnych
nazw wifi żadna nie pozwala na skorzystanie z darmowego Internetu. To właśnie w
tej galerii dowiedzieliśmy się, że nazwa „free wifi” oznacza we Włoszech coś
zupełnie innego niż w Polsce. Każda otwarta sieć wifi po podłączeniu i tak
odmawiała połączenia. Byliśmy już trochę zirytowani gdy doczołgaliśmy się
Macka. Przecież w Maku musi być darmowy net – mówiliśmy sobie. Rzeczywistość
trochę nas sponiewierała. Internet w maku był, ale też wymagał zalogowania.
Jedyne co się pojawiało po podłączeniu to strona logowania, no ale nie
zniechęciliśmy się próbowaliśmy się zalogować i uzyskać dostęp. Tu pojawił się
problem czyli pole „nr. tel” które przyjmowało tylko numery z kodem kraju z Niemiec,
Wielkiej Brytanii, Czech, Włoszech i Francji, tylko tych – Polska jest passe. To doprowadziło nas do momentu, w którym
padło hasło: „kupmy sobie kartę sim z Włoch”. Więc zanurkowaliśmy z Aga po
galeryjnych sklepikach w poszukiwaniu punktów sprzedaży lokalnych operatorów.
Tu dowiedzieliśmy się, że we Włoszech nie ma telefonów na kartę L każdy sim jest objęty umową,
wprawdzie 3-miesieczną ale zawsze. Totalna inwigilacja – stwierdziliśmy i próbowaliśmy
dalej z netem z Maka. Wspomniałem już, że trzeba było się zarejestrować na stronie
Maka. Były tam dwie opcje „rejestracja telefonem” oraz „rejestracja kartą
kredytową”. Chodź druga opcja średnio się nam kojarzyła z „darmowością” to
spróbowaliśmy. Efekt był taki, że nie dość iż Mati musiał podać dane swojej
prywatnej karty kredytowej oraz wydać 0,01 euro, to i tak musieliśmy wymyślić
jakikolwiek numer telefonu komórkowego. Udało się! Od tej chwili mamy we włoskich
macach Internet, a jakaś Bogu ducha winna osoba dostała SMS z podziękowaniem za
zalogowanie się w McDonald’s J.
Jeszcze dla
sprostowania „free wifi” we Włoszech oznacza, że w lokalu jest wifi i jak się
natrudzisz i wypytasz około 4 ludzi to możesz uzyskać do niego dostęp – nie
wspomnę, że trzeba się w tym lokalu wykosztować na jedzenie.
Po przygodzie
z netem Monia i Aga udały się na
zakupy spożywcze, a reszta pozwiedzała galerię. Bartek z Matim mieli wielką
chrapkę na t-shirty za 1euro. Niestety,
jak zwykle plakat kłamał i nie dość, że nie było t-shirtów tylko koszule, to
jeszcze po 1.99 euro.
Mieliśmy już
chleb, wodę i nie mieliśmy t-shirtów. Wyszliśmy z galerii. Nad parkingiem zbierały
się już ciemne chmury. Nim dotarliśmy do busa już lało, a to co się działo jak
jechaliśmy - już nie wiem do końca jak nazwać. Deszcz lał, tworząc
nieprzeniknioną szarą ścianę. Po jakiś 5 minutach uświadomiliśmy sobie, że
przecież w torbie nad szoferką są nasze kołdry. Strugi deszczu za oknami mówiły
głośno i wyraźnie „wasza torba na bank nie jest wodoszczelna”. W sumie też nie
byliśmy już tego tacy pewni. Zatrzymaliśmy się na pierwszej lepszej stacji
benzynowej z dachem i tam już zarówno deszcz jak i my byliśmy pewni, że torba
wodoszczelna nie jest. Nie było tragedii, ale zamokło nam troszkę rzeczy.
Po przepakowaniu
znów byliśmy na trasie. W busie nastąpiła lekka zmiana. Pojawił się nam na
stole obrusik z kołdry Agi i Bartka, która suszyła się nad ciepełkiem unoszącym
się z lodówki. Jechaliśmy długo oglądając zmiany pogody i wypatrując słoneczka.
Przejeżdżaliśmy sporo tuneli, które nas szybko transportowały na drugą stronę
gór. Powstało hasło „Za górą będzie słonecznie”. Parę razy to się sprawdziło, ale
kwintesencją przejazdu przez górę był moment, w którym ze słonecznej pogody
wjechaliśmy w tunel, na końcu którego zderzyliśmy się ze ścianą wody. To
przyprawiło kierującego Bartka o lekki zawał, ale jazda trwała dalej. W końcu
musieliśmy zatankować, a mieliśmy niebywałe szczęście do stacji samoobsługowych,
które nie lubią naszych kart kredytowych, w ogóle chyba nas nie lubią. Jak tak
męczyliśmy się z automatem, zaczął się na nas
wydzierać pewien Włoch, w sumie do teraz nie wiem czy chciał nas ochrzanić, czy
chciał nam pomóc. Po tej sytuacji mieliśmy w baku o 49,85 euro paliwa
więcej - wsadziliśmy 50 euro do automatu
– dlaczego automat nie pozwolił nam wlać całości tej kwoty nie wiem, nie
powiedział nam. Prawdopodobnie po to, byśmy się nie załamali całą ta sytuacją
na niebie pojawiła się tęcza, piękna kompletna tęcza.
Gdzieś na
trasie pojawił się pomysł na grilla! A jak grill, to trzeba zrobić zakupy, bo
oczywiście w „kupkup” kupiliśmy tylko to, co nam było niezwykle potrzebne.
Wymyśliliśmy, że trzeba po raz pierwszy nawiedzić Lidla. Po kilku próbach wyszukiwania
znaleźliśmy adres interesującego nas sklepu w miejscowości o śmiesznej nazwie
„Poggibonsi”. Tabliczka na wjeździe do tego miasteczka miała poprawioną wersje
nazwy, mianowicie: „Ultra Poggibonsi”, ultra dopisał prawdopodobnie jakiś
rdzenny mieszkaniec lub zachwycony turysta.
Lidl nie
pomagał się odnaleźć, nigdzie nie było żadnej tabliczki, że w tym mieście jest w ogóle jakikolwiek Lidl. Twardo trzymaliśmy
się wskazówek Hołowczyca, licząc na to, że za kolejnym zakrętem coś już się
pojawi. Gdy byliśmy już 100 metrów od celu, nawigacja kazała skręcić nam do
czegoś, co wyglądało jak czyjaś działka.
Wjechaliśmy, a co! Okazało się że na tym „podwórku” faktycznie jest Lidl, a
podwórko jest Lidla, a wszystkie szyldy Lidla są, tylko za płotem.
Nakupiliśmy
wszystek dóbr i byliśmy już z powrotem na trasie J
W końcu
dotarliśmy do Monteriggioni, widzieliśmy już z daleka jego mury, ale teraz
ważny był tylko grill! Na ogromnym parkingu pod Monteriggioni znaleźliśmy sobie
odpowiednie oświetlone latarenką miejsce i rozstawiliśmy nasz mini stragan. Czuliśmy
na sobie wzrok innych użytkowników parkingu. Nie przejmowaliśmy się tym
zbytnio, grillowanko wyszło nam perfekcyjnie. Więcej może powiedzą zdjęcia.
Dodam jeszcze, że jak to Polacy korzystaliśmy z wszechobecnych krzaków jako
toalety. Jakże byliśmy zniesmaczeni, kiedy się okazało, że 50 metrów od nas
jest darmowe świetnie wyposażone wc.
Wycieńczeni
drogą, nasyceni grillem poszliśmy w końcu spać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz